Kalendarz bloga
16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
Wrzesień • 14°C
Jeśli ktoś myślał, że koniec wakacji przyniesie nam gwałtowne ochłodzenie, to czeka go spore rozczarowanie! Na horyzoncie ciągle widać częściej słońce niż deszcz, co w sumie jest trochę nietypowe jak na nasze miasteczko, prawda? Ale jeszcze nie panikujmy, zimnolubni na pewno niedługo będę mogli się cieszyć z gwałtownego spadku temperatury i ciężkich opadów białego puchu... tak, tak, moi drodzy, już za chwilę powróci do nas zimowa aura, która jak zawsze będzie nam towarzyszyć przez kolejnych osiem miesięcy. Zdążycie jeszcze zatęsknić za tymi zielonymi trawnikami! Jako Wasza ulubiona pogodynka jestem tego stuprocentowo pewna.

10.11.2016

I need to go into the forest and scream for hour and a half



HAFZA TANTWAY
29 LAT — KUCHARZ W ZAJEŹDZIE „U ANNIE”

Ilekroć zacznie sobie układać — i nie ważne, czy mówimy tu o puzzlach, wieży z pudełek po zapałkach, książkach na półce czy sprawach tak podniosłych, jak własne życie — w pewnym momencie zawsze coś pójdzie nie tak. Przyzwyczajony do tego, że wpadki i porażki zdarzają się każdemu, pogodzony z tym, że planował wielką karierę w Toronto, a, przerażony jeszcze większym światem, wrócił do domu po kilku miesiącach, bierze to, co dostaje od losu i nie pyta dlaczego tak, a czemu nie inaczej. Wychowany przez starego kawalera nawet nie rozważa innej opcji dla siebie, zresztą czasem pod nosem śpiewa sobie, że już za dwa lata będzie straszy niż tata, kiedy go deportowali.  
Jest tym typem pracownika, który zna każdego klienta, a nawet jak nie zna, to szybko pozna, bo tajemnicą nie jest — stać przy garach potrafi, ale zdecydowanie woli zajmować się ludźmi, najwyżej potem przez uchylone drzwi ktoś może zobaczyć, jak kucharz biega w popłochu po całej kuchni i próbuje uratować przesoloną zupę albo płonąca na patelni rybę. Kiedyś, kiedy znajdzie trochę czasu, pojedzie znowu do Nowego Jorku, może z rozpędu pogodzi się z matką, a potem zabukuje bilet do Karaczi i poszuka ojca, któremu nikt nigdy nie powiedział, że jego syn bawi się w Gordona Ramsaya w zasypanej śniegiem kanadyjskiej mieścinie. Nie żeby Haf kiedykolwiek narzekał — czasem oczywiście popatrzy na wszystkie rzeczy, które pozostały mu po zmarłym niedawno wuju i złapie na parę dni doła, ale nic lepiej nie leczy z zimowej depresji niż specjalność zakładu w postaci parującej miski francuskiej zupy cebulowej. 

( 21 )

  1. [Jaki on fajny! Taki normalny i życiowy :) Wendy też lubi zajmować się ludźmi, więc może zajmą się jakoś sobą? :D
    Cześć i czołem! Życzę miłej zabawy na blogu :)]

    Wendy

    OdpowiedzUsuń
  2. Hafza jest tak charakterystyczną postacią dla MC, że buzia sama się cieszy na jego widok. Świetnie, że wróciliście, akurat na czas mrozów, które powoli rozpoczynamy. Zima sroga, więc niech Hafza dużo rozgrzewających zup gotuje! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brązowe dziecko w krainie śniegu, jak zawsze na posterunku, pojawia się i znika, ale powiadają, że do trzech razy sztuka!

      Usuń
  3. Łii, Hafza. Czekałam ns tego Pana od momentu, kiedy zobaczyłam Cię w zakładkach. Fajno, że wracają do Nas stare wygi. Chociaż Tantway znowuż nie taki stary, jeszcze przed trzydziestką. Niech mu się dobrze życie układa. Udanych wątków! I zostań z nami conajmniej do lutego. Po cichu Ci powiem, że szykujemy wtedy wydarzenie, które warto przeżyć na własnej skórze. Także bądź! ;)

    Andrew, Scott & Eli

    OdpowiedzUsuń
  4. [Witam mojego Pana numer jeden. <3 Cześć, wstałam, kocham. I czekam na nasz wątek. Stół załatwiony.]

    Emcia, która chce i zupę też lubi (i pada ze śmiechu).

    OdpowiedzUsuń
  5. [A ja Cię pamiętam :) Chyba nawet zaczęłyśmy o jakimś wątku myśleć, ale nie doszedł on do skutku. Albo tylko ustaliłyśmy, że się znają... Nie jestem pewna. W każdym razie witam ponownie.]

    Paris

    OdpowiedzUsuń
  6. [Tak, tylko tyle ustaliłyśmy. Nie zdążyłyśmy niestety pójść dalej. Masz może jakiś pomysł, jak mogłaby wyglądać ich relacja? Wydaje mi się, że od tego właśnie powinnyśmy zacząć.]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  7. Emma nie miała żadnych planów na przyszłość; zresztą, w Mount Cartier ciężko było snuć jakiekolwiek, chyba że tyczyły się wyjazdu. Na to jednak nie miała ani pieniędzy, ani ochoty. Żyła z dnia na dzień, poranki spędzając przy maszynie, a popołudnia poza domem lub przed telewizorem, komentując z mamą, jak to zestarzał się prowadzący Milionerów czy ile operacji plastycznych zrobiła sobie Melania Trump. Nie wiedziała, co będzie za miesiąc, pół roku czy pięć lat, ale też specjalnie się nad tym nie zastanawiała. Może jej to interesowało, a może po prostu się bała? Zapewne i to, i to.
    Coraz rzadziej grywała na skrzypcach. Ostatnimi czasy robiła to głównie ze względu na mamę, którą dopadały czasami wyrzuty sumienia. Emma nie rozumiała, jak może myśleć, że córka mogłaby ją kiedykolwiek porzucić, ale momentami miała wrażenie, że tego właśnie chciałaby Anna Bartlett. Ale Emma nie mogłaby ze sobą żyć, gdyby się na to zdecydowała. Zdecydowanie były do siebie za bardzo podobne.
    Sąsiadki pytały czasami, czy zamierza wyjść za mąż. Emma odpowiadała zwykle ze śmiechem, że w swoim życiu ma przecież dwóch mężczyzn – Jekylla i Hyde’a – a kobiety tylko patrzyły na niż z mieszaniną politowania i strachu, że miejscowej krawcowej zaczyna odbijać. Co będzie to będzie, mówiła sobie, poznając w zajeździe przystojnego Amerykanina lub listonosza z Churchill, który przyjechał na dwa tygodnie na zastępstwo. To nie tak, że mężczyźni jej nie zainteresowali, ale Emma nie była dobra w zobowiązaniach. Nie potrafiła oddać komuś całej siebie, nie mogła więc tego od nikogo oczekiwać. Niemożliwym było zbudować na tym zdrową i trwałą relację.
    Nie wiedziała, o co właściwie chodzi z Hafzą. Był w jej życiu od zawsze i nigdy nie zastanawiała się nad tym, kim właściwie do niej jest i jakimi uczuciami się darzą. Do pewnego momentu był dla niej jak starszy (choć mentalnie młodszy) brat, ale z bratem nie powinna robić rzeczy, które ostatnio zrobiła z Hafzą po zamknięciu kuchni.
    Zarumieniła się do własnych myśli, zaciskając palce na fartuszku aż pobielały jej knykcie. Na fartuszku, który zresztą do Hafzy należał, a który ledwo już trzymał się kupy. Emma zanotowała w myślach, żeby sprawić mu jakiś na gwiazdkę; tymczasem jednak zajęła się starym, a po wszystkim nawet go wyprała, bo czasami wątpiła, czy Hafza potrafi obsługiwać pralkę.
    Odgoniła od siebie niepoprawne myśli i weszła do zajazdu, od progu wyczuwając smród spalenizny. Nie zdziwiła się specjalnie, bo choć uwielbiała wszystko, co Hafza ugotował, to nie był najbardziej ekonomicznym pracownikiem na świecie; jak już coś przygotował – niebo w gębie. Jednak rzadko obywało się to bez strat.
    Nie zwracając uwagi na pytania gości baru, przeszła przez pomieszczenie i udała się do kuchni, zastając przyjaciela w bardzo codziennej sytuacji – latającego po kuchni jak oparzony. W pierwszym momencie nie mogła powstrzymać chichotu, zaraz jednak zauważyła, że Hafza faktycznie się poparzył.
    - Gotować może i potrafisz, ale nie powinieneś przebywać w kuchni bez opiekunki – rzuciła na powitanie, odkładając fartuszkę na blat w miejscu, w którym był względnie czysty. Przeszła do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie znalazła apteczkę, a w niej maść na oparzenia (w którą zresztą sama zaopatrzyła otoczenie Hafzy).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wróciła do niego, a gdy już stwierdziła, że wystarczy mu zimnej wody, delikatnie osuszyła jego dłoń ręcznikiem i posmarowała maścią.
      - A teraz niczego się nie dotykaj – powiedziała ostro, wiedząc, że z nim trzeba obchodzić się trochę jak z dzieckiem. – No właśnie, w końcu. A do tego czasu gotowałbyś w obrusie obwiązanym w pasie. Czekałyśmy na siebie, mama już się za tobą stęskniła, ale w końcu sama mnie tu wysłała – Puściła jego poparzoną rękę, czując się nagle niezręcznie.
      Nigdy nie czuła się tak w jego towarzystwie. Zaczynała się zastanawiać, czy w ogóle uda im się wrócić do tego, jak było przedtem.
      Choć Hafza wydawał się nie pamiętać, że cokolwiek się wydarzyło.
      Oparła się o blat i zaczęła błądzić wzrokiem po kuchni, spoglądając na przyjaciela tylko przelotnie.
      - Wiele już dziś nie ugotujesz, więc lepiej zamknij kuchnię i postaw gościom drinki.

      Emma, przyszła pani von Ari Ali Arab, która stołu nie widzi, ale za to wypatrzyła blat

      Usuń
  8. Może właśnie dlatego Emma tak dobrze czuła się w Mount Cartier? Kiedyś marzyła o wyjeździe i studiach, ale z czasem zaczęła myśleć, że nie mogłaby być szczęśliwa w Vancouver. Była małomiasteczkową dziewczyną zakochaną w tych tonach śniegu, na które patrzyła zimą codziennie rano przez okno, kiedy szyła. I w takich chwilach czuła się spokojna i bezgranicznie szczęśliwa. Nie mogła wyobrazić sobie miejsca, w którym śniegu ludzie próbują się pozbyć, by jak najszybciej dotrzeć z jednego końca miasta na drugi, w którym trzeba planować wizytę u fryzjera, lekarza czy koleżanki na dni, tygodnie lub nawet miesiące wcześniej. Emma lubiła wpadać do ludzi bez zapowiedzi, lubiła fakt, że wszędzie mogła dostać się piechotą i że po poradę lekarską mogła iść do lekarza do domu, po przyjacielsku, po sąsiedzku. Tęskniła za muzyką, ale już nie wiedziała, jak mogła kiedyś pragnąć innego życia.
    Miło było słuchać przyjezdnych. Lubiła opowieści o wielkim świecie, nie tylko o reszcie Kanady, ale o wszystkich zakątkach globu, bo w Mount Cartier pojawiały się naprawdę najróżniejsze persony. Jako osiemnastolatka straciła głowę na przejeżdżającego tędy francuskiego pisarza, rok później był to czeski ornitolog. Lubiła fakt, że mogła sobie na to pozwolić, bo takie znajomości nigdy do niczego nie prowadziły. Akceptowała zobowiązania tylko względem własnej matki – te wydawały się naturalne i towarzyszyły jej od zawsze. Nie mogłaby jednak poświęcić czegokolwiek dla mężczyzny. Podziwiała Polly Chapman, koleżankę ze szkoły, która kilka lat temu wyjechała za człowiekiem, którego ledwie znała, na południe Stanów Zjednoczonych. Dostawała też kartki od Fiony Webber, dawnej sąsiadki, która ułożyła sobie życie z Niemcem w Europie. Cieszyła się ich szczęściem, ale Emma chyba udusiłaby się, gdyby spędziła poza Mount Cartier więcej niż kilka tygodni. Może miesięcy.
    Chciałaby zobaczyć kawałek świata, ale podróżować można tylko wtedy, kiedy ma się do czego wracać. W innym wypadku człowiek po prostu błąka się bez celu, podświadomie szukając własnego miejsca na ziemi.
    Może dlatego wolała przeżywać wszystko w książkach. Wtedy przynajmniej była szczęśliwa, spokojna i wolna od podobnych dylematów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Nic dziwnego, że mnie tak wszystko boli, skoro ciągle spadam ci z nieba – Nie, Emma zdecydowanie nie wstydziła się swoich kiepskich żartów, na które większość ludzi kręciła głową z niedowierzaniem lub po prostu nie reagowała. Nic sobie z tego nie robiła i nadal pozwalała słowom płynąć. – Tobie nie, ale twoim klientom i owszem – skwitowała, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Wymieniła spojrzenia z nieco zaniepokojoną kelnerką. No tak, biedne dziewczę pracowało tam od niedawna i jeszcze nie zdążyło przywyknąć do sposobu prowadzenia kuchni przez Hafzę. Albo się przyzwyczai, albo niedługo ucieknie. Emma zachichotała pod nosem, gdy dziewczyna opuszczała pomieszczenie z tacą zup. – Za ten fartuszek możesz zabrać mnie na karaoke i postawić mi piwo. Dawno nikt ze mną nie śpiewał, zwykle wyję tam sama – Wzruszyła nonszalancko ramionami. Cóż, na tym polegały usługi w małym mieście. Zarobić tyle, by niczego w domu nie brakowało, a resztę spłat odebrać w naturze. To Emma również uwielbiała. Nie wyobrażała sobie, by w Vancouver krawcowa mogła dostać za swoje usługi ciasto, zapiekankę lub kawał wołowiny. Albo wyjście na piwo i wycie na karaoke. Wodziła wzrokiem za krzątającym się po kuchni Hafzą, zastanawiając się, ile kilometrów dziennie robi, obchodząc te kilkanaście metrów kwadratowych przez cały dzień. Na pewno więcej niż przeciętny kucharz. – Na pewno nie zgadnę, czego dołożyłeś tam celowo, ale wiem, że jest w niej dużo maści na oparzenia – Zaśmiała się i, nie mając wyjścia, posmakowała Hafzowej zupy, płucząc nią przez chwilę buzię, niczym profesjonalny smakosz win. – Wiesz, że nie mam pojęcia o przyprawach. Używam soli, pieprzu i czosnku, kiedy chcę zjeść coś odrobinę innego. A najczęściej przychodzę do ciebie – Błysnęła zębami, zdając sobie sprawę, że kompletnie łamie stereotyp małomiasteczkowej gospodyni. Kucharka była z niej żadna. – Nie wiem, czy to przez tę maść, ale faktycznie dobre to.

      Przyszła pani Zupa Tantaway, która robi się głodna, ale nie wie, czy na zupę, czy na Zupę

      Usuń
  9. [Haha, podoba mi się to! Zabawa jak za dawnych, dobrych, dziecięcych lat :) Mogę Cię wykorzystać do zaczęcia? Dopiero wróciłam do życia blogowego i mam spore zaległości.]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  10. Czasami zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby nie wypadek matki. Na pewno wyjechałaby do Vancouver, ale czy byłaby tam szczęśliwa? Może wróciłaby z krzykiem do Mount Cartier, a może byłaby już wielką skrzypaczką? A może dorobiłaby się po pijaku dziecka z jakimś przygłupim studenciakiem? Bywały nawet momenty, kiedy próbowała wyobrazić sobie swoje życie, gdyby ojca nie potrącił ten nieznający kanadyjskich mrozów Amerykanin. Na pewno byłoby im łatwiej. Bo nawet jeśli wypadek jej matki był nieunikniony, to Anna Bartlett miałaby jeszcze męża.
    Emma nie miała do nikogo żalu. Nie wyklinała Boga, bogów, świata czy losu za to, jak potoczyło się jej życie. Rozmyślała o tym czasami czysto teoretycznie, bez większej złości, bez goryczy. Jak fizyk, zastanawiający się nad istnieniem równoległych światów. Może w którymś była znaną skrzypaczką, w innym miała już własną rodzinę, a w kolejnym sama zginęła w wypadku, w którym tutaj ucierpiała jej matka – tak, bo Emma doskonale zdawała sobie sprawę, że jej życie mogło być dużo trudniejsze. A mogła też nie mieć żadnego życia.
    Sama nie była przypadkiem, była dzieckiem upragnionym, wyczekiwanym i, jak się okazało, jedynym. Może dlatego często myślała o tym, o jakim dziecku właściwie marzyła jej matka, chodząc w ciąży i czego chciała dla Emmy, gdy ta dorastała. Teraz Anna nigdy nie wypowiada się o swojej córce krytycznie, ale ta nierzadko zastanawia się o tym, co faktycznie dzieje się w głowie jej mamy.
    - A jeśli obiecam ci, że zaśpiewamy razem Material Girl? – Przysunęła się do niego i słodko zatrzepotała rzęsami, ale długo nie dała rady był tak zalotna, bo wybuchnęła śmiechem. – Jestem tam stałą klientką. Mam swoje sposoby na Billa, mogę załatwić ci wszystko. – powiedziała z dumą, jakby miała to zrobić wyłącznie z pomocą swojego uroku osobistego. No, może ten miał też w tym swoje zasługi, bo Bill, stary kawaler, zawsze lubił jej płomienną czuprynę, ale głównie chodziło o spodnie, które pękły mu na tyłku, a które Emma zszyła mu za darmo na zapleczu knajpy, zanim ktokolwiek zdążył się zorientować. Miała swoje sposoby na radzenie sobie z porwaną odzieżą bez maszyny do szycia. – O gotowaniu? Absolutnie nic, mój drogi. – odparła beztrosko i uśmiechnęła się, szczerząc do niego niemal wszystkie zęby. Nie rozumiała, dlaczego wciąż się dziwił, skoro doskonale wiedział, ze jedyne, co Emmie naprawdę dobrze wychodzi w kuchni, to robienie kanapek. I robienie sobie krzywdy, ale to osobna kategoria, w której i tak przodował sam Hafza. Nie miała nic przeciwko, kiedy nazywał ją dzieckiem, czy Ems, czy dziewuszką, czy jakkolwiek, choć gdyby się nad tym zastanowić, można by się zacząć o Hafzę martwić – skoro traktuje ją jak dziecko, to cóż, do cholery, ostatnio z nią wyrabiał pod wpływem alkoholu? Lepiej się nad tym nie rozwodzić. – Wspaniale, oregano. Zanotowałam. Jutro zapomnę, ale na tę chwilę jestem specjalistką od oregano. – Zaśmiała się i mrugnęła do niego, niemal z czułością, co by przypadkiem nie dostał białej gorączki z powodu jej zerowego talentu kulinarnego. – Musisz mi gotować częściej. Nie zawsze mam czas tutaj przyjść, ale hej, ty czasami nudzisz się w zajeździe całymi dniami. – Szturchnęła go lekko w bok, bo nigdy się tak dobrze nie bawiła, jak drocząc się ze swoim ulubionym szefem kuchni. Rozsiadła się wygodnie na blacie, widząc, że Hafza nie zamierza wyjść z kuchni w najbliższym czasie, a ona była cierpliwa i zamierzała czekać tak długo, jak będzie musiała, by wyciągnąć go na to karaoke. Nawet jeśli musiała robić za terapeutę od roślin. – Rośliny są wybredne, słoneczko. Prawie tak jak kobiety. Pewnie nie podoba im się parapet, temperatura albo wilgotność powietrza. Bycie ogrodnikiem to ciągłe eksperymenty i dochodzenie do celu po omacku. – stwierdziła niemal filozoficznie, rozkładając bezradnie ręce i zamilkła na dłuższą chwilę. – Możesz też wreszcie odwiedzić moją mamę. Ona się ucieszy, a ty się czegoś dowiesz, bo od wypadku stała się specem od roślin doniczkowych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co było trochę smutne, kiedy zastanowić się nad tym dłużej, bo Emma pamiętała, jak jej mama uwielbiała spędzać czas w ogrodzie, na kolanach, pieląc i przesadzając kolejne kwiaty, warzywa, owoce czy drzewa. Choć Emma była też pełna podziwu, jak kobieta sobie z tym poradziła – bez cienia żalu, goryczy, bez słowa skargi przerzuciła się na bazylię i storczyki, stojące na parapetach w ich domu.

      Miedzianosłowa, która kocha swojego karmelka, ale się boi, bo nie wie, czy to miłość, czy jest głodna

      Usuń
  11. Pokory życie w Mount Cartier uczyło doskonale, racja. Emma nie miała do nikogo żalu. Czasami żal ten zakuł ją w sercu na krótkie sekundy, ale szybko przechodził i nigdy nie był kierowany na nic konkretnego. Podejrzewała, że czułaby to samo, gdyby jej życie ułożyło się zupełnie inaczej. Gdyby udało jej się wyjechać, skończyć studiować i zarabiać na chleb grą na skrzypcach, była pewna, że tęskniłaby za rodzinnymi stronami. Zastanawiałaby się, co by było, gdyby poszła w ślady matki i została krawcową, wybierając powolne życie w Mount Cartier. To było chyba nieuniknione, jako że człowiek miał tylko jedno życie i ciężką decyzję do podjęcia, co do tego, jak je przeżyć. A teraz miała wrażenie, że dużo szybciej i łatwiej poradziłaby sobie z niesfornym misiem, kręcącym się dokoła jej domu i pukającym w okna, czy z odmrożeniem na tyłku, niż z życiem w wielkim mieście, ludźmi skupionymi na karierach, pieniądzach i innych obcych Emmie wartościach, lub z grupą podejrzanych typków w nieciekawej dzielnicy. I tu zdarzało się, że zaczepiał ją ktoś pijany, jednak albo był to Tom, który chyba zamieszkał w lokalnym barze po odejściu żony, albo przyjezdny, którego zapędy zaraz były hamowane przez kręcących się zawsze gdzieś blisko mieszkańców. Życie w tak ciasnej społeczności miało swoje minusy, owszem, bo w Mount Cartier niemożliwym było utrzymać tajemnicę czy z czymkolwiek się ukryć, ale z drugiej strony, człowiek nigdy nie był tak naprawdę sam. A samotności Emma bała się najbardziej na świecie. To chyba przerażało ją najbardziej w perspektywie życie w wielkim mieście.
    Emma cieszyła się, że Hafza zdecydował się wtedy wrócić do Mount Cartier. Może nie doceniała tego wtedy, ale na pewno teraz, mimo że ich relacje były ostatnio trochę poplątane.
    - Jak możesz nie lubić Material girl? – zapytała oburzona, robiąc wielkie oczy, bo nie rozumiała, jak ktoś darzący sympatią Madonnę, może nie lubić tego właśnie utworu. No ale w końcu rozmawiała z Hafzą, powinna przywyknąć do tego typu drobnych różnic między nimi. Roześmiała się na jego kolejne słowa. – Mówisz, że swojego przyszłego męża poderwę na krawiectwo? Ależ z ciebie romantyk, Tantaway. – dodała cierpko, kręcąc głową i zeskoczyła z blatu, uważając na tłustą plamę na podłodze, bo wywinęłaby koziołka i tyle by było z karaoke. I w ogóle z czegokolwiek, gdyby rozbiła sobie głowę. – Po co musi umieć gotować? Ty będziesz nas karmił. Mnie, mojego męża i szóstkę naszych dzieci. – Wyszczerzyła się rozbawiona na samą myśl o gromadce dzieci wokół siebie. Była tak przyzwyczajona do własnego świata, spokoju i wolnego czasu, że nie miała pojęcia, jak kiedykolwiek podporządkuje się jakiemuś małemu człowiekowi. – Sól i pieprz, zapamiętałam. I czosnek. Wiesz, że lubię czosnek.
    Nie były to może smaki najbardziej sprzyjające romantycznemu nastrojowi, ale mama Emmy zawsze mawiała, że jak oboje się czosnku najedzą, to nikomu nie przeszkadza. Musiała więc rozejrzeć się za takim chłopem, co też czosnek lubi, wtedy oboje najadaliby się bez żadnych obaw i niczyj oddech nikogo by nie odstraszał.
    Obserwowała Hafzę, niemal tańczącego w kuchni, odstawiającego piruety miedzy szafkami i blatami, i ledwo powstrzymywała rozbawienie, nie mając pojęcia, co on tak naprawdę robi, bo ani specjalnie nie sprzątał, ani niczego nie przygotowywał, ale cóż, może taki miał rytuał. Nie wnikała. A to, że nie stał za blisko, nie patrzył jej w oczy i nie narażał ich na niezręczne sytuacje, w sumie Emmie odpowiadało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na jego słowa zapięła kurtkę i opatuliła się szalikiem, co by nie zmarznąć za bardzo w drodze na karaoke.
      - Myślę, że mama będzie zachwycona. I mam nadzieję, że dotrzesz do nas jednak wcześniej niż później – Zaśmiała się, spoglądając jednak na niego nieco z politowaniem, bo choć Mount Cartier było maleńkie, a Hafza nie pracował wcale na kilka etatów, to wciąż brakowało mu na wszystko czasu i odwiedzał ich już zdecydowanie, jak dla mamy Emmy, zbyt długo.
      Zgasiła część świateł, do których miała bliżej, i pomogła Hafzie wszystko zamknąć, pożegnała się z ostatnią kelnerką, poczekała aż Hafza się ubierze, pomogła mu wyplątać się z szalika i aż wzdrygnęła się, kiedy wyszli na mróz.
      - Pomyślałby człowiek, że po ponad dwudziestu latach życia tutaj, można przyzwyczaić się do tych temperatur. Nie mam nic do zimy, ale i tak co roku nadal jestem w szoku – powiedziała, niemal kuląc się w sobie, co by było jej cieplej. Ruszyli w stronę baru.

      Zupowa Ems z ciastem (małą zupą?) w piekarniku

      Usuń
  12. Troszkę ospały ten nasz kucharz, ale trzeba przyznać, że bardzo wytrwały! Ponad trzy miesiące pobytu w miasteczku to trzeba przyznać, że nie lada wyczyn, dlatego nic dziwnego, że doceniamy takie poświęcenia i chętnie nagradzamy wiernych graczy! Z tej okazji Hafza otrzymuje pierwszą w swojej historii nagrodę w postaci ikonki "Zadomowiony". Teraz to już chyba nie wypada uciekać, co? ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Cóż, pewnie ukryte zamiary Emma na pewno miała. W końcu nie chodziło w y ł ą c z n i e o fartuch — oczywiście, że chciała z Hafzą porozmawiać. Był w jej życiu tak długo i tak się do niego przyzwyczaiła, że głupio byłoby to zaprzepaścić przez to, co się stało kilka dni wcześniej. Nie wiedziała, czego właściwie oczekuje od tej spotkania i rozmowy, nie miała pojęcia, kim był dla niej Hafza i kim chciałaby, żeby był, ale była pewna jedno — chciała, żeby w ogóle b y ł. Nie mogli się więc unikać.
    Nie miała mu też niczego za złe; jeśli byli winni, to oboje tak samo. Nie miała przecież szesnastu lat, a Hafza nie był jej pierwszym chłopcem. Zastanawiała się tylko, czy faktycznie można tu było mówić o winie. Tego, co się wydarzyło żałowałaby tylko wtedy, gdyby przez to straciła Hafzę, gdyby odsunął się od niej na dobre i już nigdy się do niej nie odezwał. Był jednak nadal tym samym Hafzą, trochę nerwowym, ale Hafzą. A pocieszanie wyszło mu tamtego wieczora bardzo dobrze, bo Emmie zdecydowanie poprawił się nastrój.
    Weszli do gorącego, dusznego pomieszczenia i Emma po raz kolejny tego dnia poczuła, że ją mdli. Nie zastanawiała się nad tym jednak szczególnie, przeczekała niebezpieczny moment i wszystko było w porządku. Stwierdziła, że po piwie na pewno jej przejdzie — piwo było przecież lekarstwem na wszystko.
    — Czy chcę piwo? Co to za pytanie? — Zaśmiała się i mrugnęła do niego, wyplątując się ze wszystkich zbędnych warstw okryć wierzchnich i wspomagaczy. Cóż, w tym barze wystarczało jej tylko to, co absolutnie konieczne, by nie zostać posądzonym o ekshibicjonizm.
    Spojrzała na śpiewającego mężczyznę, w którym rozpoznała jedyne w tym okresie turystę goszczącego w Mount Cartier. Uśmiechnęła się mimowolnie, ni to do siebie, ni to do niego i głośno biła brawa, kiedy w końcu skończył, a barze zapanowała względna cisza. Cóż, nadal panował ogromny gwar, ale przez chwilę przynajmniej nikt nie zawodził.
    — Och, mój wybawca. Dziękuję — Odetchnęła na widok Hafzy z dwoma kuflami piwa. Od razu wzięła większego łyka i natychmiast poczuła, że coś dziwnego dzieje się w jej brzuchu. Zignorowała to i ignorowała dopótki, dopóki nie była w stanie. Mniej więcej po trzech czwartych kufla poczuła, że nie da rady i przerywając Hafzie wpół zdania, zerwała się z krzesła i pobiegła do toalety, z której wróciła po kilku niezręcznych minutach. Opadła na krzesła zmarnowana i o trzy tony bledsza niż wcześniej. — Chyba się upiłam, Hafzy. Pół piwa, duszne pomieszczenie, a może to twoje towarzystwo? — Uśmiechnęła się, chociaż trochę blado. — Obawiam się, że musimy odłożyć nasz występ. Chyba że nie masz nic przeciwko, żebym w czasie refrenu zwymiotowała ci na buty.
    Takt, gracja i elegancja. Cała Emma.
    — Odprowadzisz mnie do domu?

    Emsiątko i ktoś jeszcze

    OdpowiedzUsuń
  14. [Dziękuję za miłe przywitanie. Chyba Twoja postać równie dobrze wie jak trudne są takie powroty. Chociaż chyba on łatwiej się z tym pogodził. c: Także mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej]

    Lilith Johnson

    OdpowiedzUsuń
  15. [Myślę, że Lilith przyda się ktoś z jego energią. Lilith mogła przez chwilę pracować "U Annie" tworząc jakieś małe, owocowe ciasta. Tam mogli się poznać. Może postanowili udać się w podróż z plecakami, mając zamiar przeżyć niesamowitą przygodę. Albo Hafza wreszcie wyjechał do Nowego Jorku i postanowił wziąć Lilith dla moralnego wsparcia. Mogą próbować jedzenia z food trucków i zwiedzać ciekawe miejsca.]

    Lilith Johnson

    OdpowiedzUsuń
  16. [Myślę, że byłby to dobry pomysł z nauczeniem go pieczenia w zamian za drobną przysługę. Może w zamian za naukę przez kilka dni będzie dla niej gotował swoje specjały.]

    Jej ruchy nigdy nie należały do najładniejszych. Gołe stopy zostały przykryte kawałkami ciasta. Śmiała się z konsystencji i jego próby wytworzenia czegoś dobrego. Kilka niesfornych kosmyków włosów raz po razie łaskotały jej policzek. Przykładała do tego mało uwagi, naprawdę dziwne, że jeszcze nie wpadłyby do miski, w której temperowała czekoladę, którą on z pewnością zbyt często kosztował. Rozsypana mąka zajmowała większą część jednego z dwóch roboczych blatów. Na jednym z nich, można było dostrzec małe kawałki przylepionego ciasta, które powinno za niedługo piec się w piekarniku.
    Jej zagracona kuchnia w niczym nigdy nie przypominała profesjonalnej przestrzeni w jakich normalnie pracowała. Brakowało sterylności, brudny mikser stał w nieodpowiednim miejscu, leżały obok zlewu, a w nich kilka pojedynczych owoców. Na jej ustach pojawił się dawno niewidziany szczery uśmiech. Coraz głośniej nuciła kolejne słowa jakiejś starej piosenki, a głowa kołysała się do rytmu. On stworzył tę całkiem miłą atmosferę. Zaczął śpiewać jakąś piosenkę, która ona bardzo szybko podchwyciła. Jej fartuch tak samo, jak i kawałek zielonej bluzki pokryte były kropkami jakiejś masy lub napoju. Na początku nie była pewna czy ten pomysł należał do najlepszych. Nie była zachwycona, wpuszczając kogoś do niezorganizowanej przestrzeni. Miała zamiar przemalować wszystkie pomieszczenia. Na razie pomalowała tylko kuchnię, także ze ścian nie złuszczały się tapety w kwiaty, a łagodna zieleń, która miała być odporna na różnego rodzaju plamy. Wymieniła również sprzęty i kilka razy bez skutku zabierała się za rozpakowywanie kartonów, w których znajdowały się ubrania oraz stare książki. W sypialni nadal leżał tylko materac i stały stare meble, ale ściany miały ładne, błękitne barwy. Poza tym nie sądziła, że będzie dobrym towarzystwem nawet dla kogoś, kogo znała od dawna.
    -Nie wiem, czy jestem dobrym nauczycielem, ale to na pewno nie powinno tak wyglądać- wytknęła śpiewnym głosem. Nadal nie była do końca pewna, dlaczego o to ją poprosił. Posypała mu blat mąką, może to mogło trochę pomóc. Odsunęła się od niego, by wrzucić sobie do ust kilka borówek.
    -Skąd ta nagła fascynacja wypiekami?- Nadal nie była pewna, czy nie był to jakiś dziwny sposób, by to jej poprawić nastrój.

    Lilith Johnson

    OdpowiedzUsuń

Słońce nas rozpieszcza, Mounty właśnie złapał kleszcza.