Kalendarz bloga
16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
Czerwiec • 12°C
I stało się! Z południa przychodzi do nas coraz cieplejsze powietrze, dzięki czemu resztki śniegu zalegającego na trawnikach stopnieją pewnie nim nadejdzie połowa miesiąca. Jeśli już tęsknicie za białą aurą, to niestety musicie przenieść się jeszcze bliżej koła biegunowego, bo do września nie mamy co liczyć na chociaż jedną śnieżynkę spadającą z nieba. Zamiast nich za to będzie słońce i odrobina deszczu, ale głównie w nocy, więc zabierajcie kalosze na nocne schadzki jeśli nie chcecie, by ktoś w niedzielę dopytywał się skąd błoto na tych nowych pantofelkach prosto z Chruchill! Dzieciaki mogą się za to cieszyć, bo pogoda na lato znowu nam dopisze i pewnie już za kilka tygodni niejednego raka będziemy ściągać z plaży nad jeziorem. Rodzice, cieszcie się ostatnimi chwilami wolności, bo jak tylko skończy się szkoła… nie będzie lekko!

08.02.2017

Broda mędrcem nie czyni

Theodor Black

35 lat Grabarz Właściciel Grubego Tadka FC: Daniel Norris

Znacie to błogie uczucie, kiedy słyszycie lekki szum oceanu pieszczący wasze uszy, piasek zaś przesypuje się między palcami stóp dając wrażenie niesamowitego relaksu, a palma oferuje cudowny cień w ten uroczy, upalny dzień? Nie? Bez obaw! Theodor też go nie zna, ponieważ wcale nie jest tak błogo. Kilka miesięcy na gorącej wyspie sprawiło, że nabawił się nieciekawych poparzeń, wypocił kilka kilogramów i zdążył całym sercem znienawidzić piasek, którego musiał każdego wieczora pozbywać się z nogawek swych spodni. Tym samym utwierdził się w przekonaniu, że uwielbia tę dziurę, którą jest Mount Cartier i więcej przyjemności sprawia mu odmrażanie tyłka kolejnego dnia na cmentarzu niż leżenie w hamaku z drinkiem z palemką. Dlatego po powrocie z gorących stref klimatycznych z radością rzucił się w śnieg, by zrobić aniołka i wcale nie przejął się panią Morris pukającą się w czoło na widok starego idioty tarzającego się po ziemi. Cóż miał poradzić na to, że rozpierało go niesamowite szczęście, mimo tego, że w domu czekała na niego jedynie świnka morska? 
Człowiek pełen sprzeczności, który ogląda bajki dla dzieci w towarzystwie butelki alkoholu. Każdego dnia zrzędzi, że musi wyjść spod ciepłej kołdry i udać się do pracy, jednak wszystkie zlecenia odśnieżania podjazdów, mycia okien czy wyprowadzania Burka lub Reksia na spacer przyjmuje z szerokim uśmiechem na ustach. Stroni od plotek, ale doskonale zdaje sobie sprawę z kim córka burmistrza była widziana dwa dni temu na spacerze. Zaoferuj mu piwo w barze, a uraczy Cię wątpliwej jakości opowieściami ze swojego życia, bowiem kolejne lata samotności zaczęły robić z niego gadułę, gdy tylko nowy słuchacz pojawi się na horyzoncie. Widział w życiu za dużo trupów, za dużo dołów wykopał, więc nie przejmuj się, gdy usłyszysz jak bardzo czarny potrafi być jego humor. Miły z niego facet, który pragnie trochę zainteresowania i ciepła. Upierdliwy, gdy na coś się uprze, ale łatwo go przekupić, gdyż za nic nie umie poradzić sobie z pieczeniem ciasta będącego, jak na złość, jego ogromną słabością.
Witaj, Mount Cartier, wróciłem i nigdzie się stąd nie wybieram!


Dodatkowo


Zakładki zostały uzupełnione, a jeśli ktoś pragnie być w powiązaniach - zapraszamy.
Najlepiej handlować z nami wymiennie. Piszmy! :)

( 69 )

  1. Wybacz, zajęłam się najpierw dodawaniem Theo wszędzie i mam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam. ;) Tak wpisując do zakładki, zauważyłam, że z naszego drwala z powrotem zrobił się grabarz! Bardzo sobie cenimy, bo społeczeństwo przecież trochę stare, więc na pewno raz na kwartał znajdzie się potrzeba skorzystania z jego usług. Ma co robić facet (bo chłopcem przez tę brodę to go nazwać nie można...)!
    Cieszymy się, że wróciłaś jednak do naszego zimowego zakątka i cóż, życzę Ci, żebyś nam tu nie zamarzła i pamiętała, że w lato będziemy grzać się w tych góra +15 i cieszyć z każdego promienia słońca. Wtedy to dopiero Theo będzie mógł złapać opaleniznę niczym z Karaibów! :D
    Wytrwajcie i bawcie się świetnie. <3

    Vivian Amondhall

    OdpowiedzUsuń
  2. Ha, ja pamiętam tego pana! I nawet pamiętam, że wątek razem mieliśmy! Dzień dobry wieczór, fajnie, że wróciliście! Życzę mnóstwa weny i wspaniałych wątków! Z resztą wszyscy w MC z pewnością o to zadbają :D]

    Clarissa

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć, cześć! Fajnie Cię tu widzieć, szczególnie z tak ciekawym bohaterem, jakim jest Theodor! Przydałaby mu się osóbka, która udekorowałaby jego życie ciepłym, o którym wspomniałaś w karcie, bo naprawdę przyjemnie zapowiada się jego osobowość. Zostań z nami jak najdłużej, i niech wena Ci dopisuje a czas się dłuży, coby go więcej na odpisy było! :D]

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  4. (Leah będzie chętnie piekła mu ciasto wzamian za rąbanie drwa na opał :D)

    Leah Mackenzie

    OdpowiedzUsuń
  5. [A ja tego pana pamiętam ^.^ I my nawet wątek razem miałyśmy, a przynajmniej go zaczęłyśmy. Pytanie, czy nadal chcesz z nami coś tworzyć.
    Poza tym, to witam ponownie na blogu, cieplutko Cię otulam i życzę dużego zasobu weny.]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  6. [Mnie męsko-męskie nie straszne! A że dzieli ich tylko roczna różnica wieku, zrobiłabym z nich przyjaciół. A może nawet bardzo dobrych przyjaciół? Skoro od zawsze mieszkają w Mount Cartier nie ma mowy, by się nie znali. Możemy uznać, że znają się wręcz od dziecka, i że te dwadzieścia pięć lat temu byli wielkimi łobuzami, którym nie straszne było łazić po lodzie na Roedeark i karmić ryb w przeręblu. O. A późniejszym wieku wspólnie sączyli alkohol w barze, skąd wracając wzajemnie wyciągali się z zasp. Na przykład :D]

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  7. [Tak zerknęłam mimowolnie na komentarz wyżej (musisz wybaczy :D) i teraz to już nie wiem czy Theo jest taki chętny na bycie sąsiadem Vivian, ale jeśli tak i przyjaźń z Cesem niczego nie wyklucza, to oczywiście będziemy na tak. Muszę tylko najpierw wygrzebać się z ośmiu odpisów zanim zacznę pisać cokolwiek nowego, więc chwilkę poczekasz na dalsze ustalenia :D]

    Vivian

    OdpowiedzUsuń
  8. Niespodzianka, niespodzianka, żarłok Monty przyszedł rozgościć się w Twojej karcie! Chyba pozazdrościł trochę temu niedźwiedziowi i postanowił zatrzymać się u Was na dłużej. Niech go tylko Theo nie próbuje wygonić, bo może być wtedy kiepsko...
    Co by towarzystwo się nie nudziło zachęcamy gorąco do zbierania kolejnych ikonek! ♥

    OdpowiedzUsuń
  9. [Jasne, mi pasuje taka opcja, by Theo sąsiadował z Vivian i mimo rozstania, utrzymywał z nią kontakt :) Przy okazji wątku, możemy ich wysłać do baru, albo w ramach ostatniego wydarzenia zorganizować im (nazajutrz, bo pewnie wieczór Cesar spędzi z Vivian w ramach licytacji) wspólne rozkoszowanie się nalewką ze świdośliwy, którą obiecała Calderonowi matka :D]

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  10. [Tak, tak, przyjacielskie. Ciężko mi idzie prowadzenie wrogich relacji, więc nawet się w nie nie pcham.
    Może zaczniemy od końca pogrzebu byłego właściciela zakładu? W tym samym dniu Kat dowiedziała się, że mężczyzna przepisał wszystko na nią i na jej ojca, z którym się kolegował. Mogliby potem razem pójść się napić, pogadać. Możemy jeszcze wymyślić coś ciekawego, żeby im tam za nudno nie było.]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  11. Theo jest zdecydowanie zbyt skromny, co nie zmienia faktu, że koszyczek, jaki zaproponował, okazał się zachęcający, więc za kreatywność, wytrwałość na scenie i sprawowanie pieczy nad kolegami (którzy całe szczęście się nie pobili), należą mu się owacje na stojąco! Ale nie tylko. Od Nas również dostanie piknikową ikonkę! Dziękujemy za udział w wydarzeniu! :)

    OdpowiedzUsuń
  12. [Sprawdziłam co tam stworzyłyście i nie mam nic przeciwko takiemu rozwojowi wypadku. Z kwestii technicznych to związali się razem jak Vivian miała 17 lat, jak skończyła 20 była wielka awantura i jej wyjazd, a teraz jest pierwszy raz od tamtego czasu z powrotem w miasteczku, więc trochę okazji do posłuchania/popatrzenia na ich związek to Theo na pewno miał ;D
    Ale tak, z ustalaniem całej reszty wrócę później, jak już uporam się z zaległościami ;)]

    Vivian

    OdpowiedzUsuń
  13. Bardzo dziękuję za powitanie i korzystając z zaproszenia, przychodzę z pewnym niezobowiązującym pomysłem. Gruby Tadek jest taki uroczy, że chętnie bym go wplotła w wątek. Tylko powiedz mi, czy on byłby w stanie uciec z ogrodu Theo?

    Mickey

    OdpowiedzUsuń
  14. [Theo jest w ogóle fajny, co zresztą wspominałam tam wyżej <3 Jakbyś chciała coś skrobnąć z moim eksperymentem, to zapraszamy cieplutko pod kartę, albo na maila – gdzie Ci wygodniej :D]

    Tilia Marchand

    OdpowiedzUsuń
  15. Odkąd Timothy zaczął borykać się z coraz częstszymi objawami choroby zwyrodnieniowej stawów, to Tilia zajmowała się większością spraw dotyczącą sklepu, zostawiając ojcu tylko kwestie papierkowe, które mógł na spokojnie wertować w progach domostwa. Bo ilekroć obciążał ciało jakąkolwiek pracą fizyczną, ból w kolanach nie pozwalał mu zmrużyć oka w akcie snu, którego ostatnimi czasy Tim potrzebował o wiele więcej. Z pewnością był wdzięczny córce, że została w Mount Cartier, by zająć się obowiązkami rodzinnego biznesu, mimo że pierwsze dni po rezygnacji kobiety z wyjazdu, czuł się winny i w pewnym sensie również zły – nie tyle co na nią, a na siebie, bowiem zawsze chciał, by jedyna latorośl spełniła swoje marzenia, a z drugiej, cóż... Wiedział, że sam nie podoła z wszelkimi dostawami i ogólnym oporządzaniem sklepu, którego nadmiar wielokrotnie zmuszał go do zostania po godzinach. Tilia radziła sobie świetnie, nie tylko pomimo młodego wieku, ale również wrodzonej żywiołowości i optymizmu – śmiało można by stwierdzić, że w pojedynkę dałaby radę uszczęśliwić całą mieścinę, gdyby tylko wystarczyło jej czasu, którego w minionym tygodniu również nie miała.
    Słyszała o walentynkowej licytacji – ba! Nawet chciała się na niej pojawić, jednak nim się obejrzała, zegar wskazywał godzinę osiemnastą, a ona wciąż tkwiła po uszy w towarze, który przenosiła z półki na półkę. Nowa pora roku zawsze niosła w ogólniaku jakieś zmiany – na pierwsze regały trafiały najpotrzebniejsze produkty, na które było największe zapotrzebowanie w danym miesiącu, by klienci nie musieli się za długo rozglądać i szukać ich jak igły w stogu siana. Tak było, chociażby, w przypadku kakao, które miesiąc temu zajmowało główną półkę, żeby mieszkańcy mogli jak najszybciej udać się z pudełkiem smacznego proszku do domu, i nie marznąć w niemiłosiernie dokuczliwym, trzydziestostopniowym mrozie – tym razem trafiały na nią swieże zapasy herbaty.
    Dlatego nie zdążyła na wydarzenie walentynkowe. Dlatego nie zawsze pojawiała się tam, gdzie chciała, bo nie zawsze miała taką możliwość. Starała się nie smucić – przecież takich okazji będzie jeszcze wiele – i skończyć pracę jak najszybciej, by nie gnać do chatki zbyt późną nocą, bo ostatnie wzmianki o błąkającym się po Quicame łosiu nieco ją przerażały. Nie daj Boże, by wielkie kopytne zwierze stanęło z nią w cztery oczy!
    Usłyszawszy charakterystyczny dzwoneczek, który wydawał dźwięk przy każdorazowym otworzeniu drzwi, wzdrygnęła się nerwowo, uderzając przy okazji łokciem o blat. — Auć! — Syknęła krótko. Znała odgłos dzwoneczka jak ulubioną kołysankę, jednak wizja drepczącego jej po pietach łosia i ta grobowa ciszy panująca w pomieszczeniu, zupełnie wybiła ją z rytmu.
    Wychyliła się zza półki, zgarniając z twarzy pukielek blond włosów.
    — Theo, cześć! — Uśmiechnęła się z wyraźną ulgą, po czym pomasowała opuszkami palców łokieć, na którym, prawdopodobnie, nabiła sobie niewielkiego siniaka. — Miło cię widzieć, ale... Myślałam, że bierzesz udział w walentynkowej licytacji.
    Była przekonana, że Theodor wybrał się na uroczystość... I wcale by się nie zdziwiła, gdyby zaś ona była jedyną panną, która nie miała okazji skorzystać z tak świetnej rozrywki, jaką była licytacja walentynkowych koszyków. Miała przecież trochę oszczędności, które tylko czekały na spożytkowanie, jednak będą musiały one poczekać do następnej takiej okazji. O ile Till będzie mogła w ogóle z niej skorzystać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopiero po chwili zerknęła na zegar, który wskazywał dwudziestą dziesięć. Zmarszczyła lekko czoło, zdając sobie sprawę, że licytacja mogła się już zakończyć. — Jak było? — Podpytała z ciekawością, sięgając z podłogi ostatni karton, wypchany pudełkami herbat, które powinna jeszcze dziś wystawić na półkę. Już jutro, prawdopodobnie, większość zapasów zniknie, bowiem mieszkańcy zawsze zaopatrywali się na przyszłość, gdyby jednak drogę do Churchill znów zabarykadowały fałdy śniegu, a termin kolejnej dostawy pozostał nieznany. Zresztą, tu każdy wolał się zabezpieczyć, coby nie obudzić się z ręką w nocniku.
      Niemniej, świetnie, że Theodor postanowił zajrzeć do sklepu – Tilia zawsze ceniła sobie towarzystwo mężczyzny, które wielokrotnie poprawiało jej nastrój. I naprawdę się ucieszyła, gdy pan Black powrócił do Mount Cartier, bo przez długi czas nie miała nawet z kim porozmawiać – to Theo wiedział o niej najwięcej i to z nim debatowała na prywatne tematy, z których nie była skłonna zwierzyć się nikomu innemu.

      lekko zaskoczona Tilia Marchand

      Usuń
  16. [ Hej, widziałam, widziałam. ;) Po prostu ostatnio rzadko bywam na MC, właściwie tylko na eventy i zbieram się aktualnie w sobie żeby coś z tym zrobić. My z Aurorą również jesteśmy chętne na odegranie tego wątku i zacznę nam jak tylko się ogarnę, okej? ]

    Aurora

    OdpowiedzUsuń
  17. Walentynkowa licytacja była dla Calderona czymś szalenie nietypowym! Gdyby nie uporczywie naprzykrzająca się od rana matka, to Cesar nie pokusiłby się nawet o przejście obok Domu Kultury, by zerknąć co się dzieje, ot co! Niestety, Amanda miała cholernie wielki dar przekonywania i zbyt dobroduszny charakter, by z premedytacją zdobyć się na słowa sprzeciwu wobec jej prośbom. Zresztą, tak jak wspomniała, nie miał nic do stracenia, a wręcz przeciwnie – mógł obdarować potrzebujących gramem szczęścia i to ten punkt stał się głównym, na który przystał... oczywiście była jeszcze nalewka ze świdośliwy, tarta maślana i zapas sucre a la creme, które niesłychanie uwielbiał, ale wciąż stanowiły one argument drugorzędny.
    Kiedy tylko pojawił się w progach Domu Kultury, już przeklinał sam siebie za brak asertywności, bo wyszło na to, że wiele pań traktowało sprawę poważnie, podczas gdy dla Calderona była to bardziej niezobowiązująca gra, nie mająca żadnego większego znaczenia dla jego życia. A jakże się mylił! Wygrał wieczór i to nie byle jaki, bo z byłą kobietą, którą po raz ostatni widział dekadę temu, i kto by pomyślał? Ale nie mógł żałować, bowiem oboje wyjaśnili sobie wiele kwestii, które składały się na rozdzielający ich mur – teraz mogli odetchnąć, zająć się tym co ważne, a aspekty przeszłości zostawić daleko w tyle, bo nie było już dla nich miejsca w nowym rozdziale.
    Nic dziwnego, że ostatnia noc była tą, którą zmusiła go do refleksji, i którą przespał tylko w połowie. Na litość Boską – dosłownie jak nastolatek, przechodzący przez pierwsze, poważne rozmowy w życiu. Ale, jakby nie patrzeć, Vivian była pierwszą i ostatnią kobietą, której Cesar podarował cząstkę siebie; wciąż była pierwszą miłością, toteż iskierki nostalgii miały prawo od czasu do czasu wzniecić jakiś większy płomień w zakamarkach jego zastałej duszy. Już mniejsza o to, że matka Cesara dobrze to sobie zaplanowała, bo razem z matką Vivian potrafiły knuć niebywałe plany, aby w ich efekcie ta dwójka przypadkowo wpadała sobie niemalże w ramiona. Niemniej, wieczór mógł, a nawet powinien, zaliczyć do tych udanych.
    Nazajutrz pamiętał oczywiście o umówionym spotkaniu z Theodorem. Dobrze, że miał jeszcze przyjaciela u boku, bowiem ten wielokrotnie dodawał Calderonowi otuchy, jeśli chodzi o niesnaski związane z przeszłością... Zresztą, potrafili rozmawiać na każdy temat i często to robili, czy przy szklance nalewki, czy w miejscowym barze, skąd zdarzyło im się wychodzić dobrze przyprawionym – dotychczas nikomu nie zrobili krzywdy, pomijając zrażenie miejscowych bywalców BnB swoim przeraźliwie głośnym śpiewem, jeśli można tak określić ich pijacki bełkot. Ale istnieje duża szansa, że przez ten cholernie długi czas, każdy się do tego przyzwyczaił.
    Nim jednak wyruszył do baru, narąbał szczapy, coby mieć czym rozpalić w kominku, tym bardziej, że gdy wróci do domu, nie będzie miał już pewnie sił, by się za to zabrać; jak i za samo rozpalenie ognia, dlatego zajął się tym wcześniej, by na powrót nie zastać w chatce lodowni. Zaszedł jeszcze na moment do domu rodziców, by odebrać obiecanki, które Amanda złożyła mu wczesnego ranka – nalewkę schował pod wewnętrzną stronę kurtki, z zamiarem zabrania jej do baru, tak jak wspominał ówczesnego wieczora Theodorowi. Napój ze świdośliwy gościł na stole Calderonów tylko na ważne okazje, takie jak święta, rocznice, czy przyjęcia, dlatego Cesar darzył go wielkim uwielbieniem, i dlatego wyprosił matkę o jedną z butelek, które pochowała sprytnie w spiżarni. Teraz, razem z Theo, będą mieć całą dla siebie.
    Po dwudziestej, gdy zdążył przekroczyć próg baru, kilka głów kiwnęło mu na powitanie; jedni użyli ręki a inni kilku słów w ramach krótkiego powitania. Każdy się tu znał, nic dziwnego, że wszyscy witali się jak najlepsi znajomi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale Cesar nie chciał zatrzymywać się na pogawędkę, bo dobrze wiedział, że finał walentynkowej licytacji już dawno wypłynął na salony i stał się tematem numer jeden w mieścinie... A nie miał zamiaru słuchać marnych żartów na temat siebie i walki o swój – właściwie to Amandy – koszyk, który dodatkowo zgarnęła Vivian.
      Wytarł podeszwy butów o prawie zużytą już wejściową wycieraczkę i kiwnąwszy do przyjaciela dłonią, podszedł by zając miejsce obok. — Cześć. — Uniósł usta, rozpinając guziki zimowej kurtki. Ostatecznie ułożył odzież wierzchnią delikatnie na stojącym nieopodal krześle, co by nie zbić szlachetnego trunku. Wewnątrz było ciepło, i to zdecydowanie, ponadto stary odbiornik po raz kolejny nadawał powtórkę meczu hokeja.
      Usłyszawszy pytanie, zakasał rękawy do łokci i spojrzał na Theo spod ukosa z nieco zaczepną miną. — Przecież wiem, że chciałbyś znać szczegóły — sprzedał mężczyźnie sójkę w ramię — Ale nie ma szczegółów. Rozmawialiśmy, a raczej wyjaśnialiśmy sobie wszystkie kwestie, których nie poruszyliśmy, kiedy był na to czas... choć było miło — wyjaśnił zupełnie szczerze, bo tak też było, jeśli chodzi o jego wieczór walentynkowy.
      — Nalewka jest tutaj — poklepał materiał kurtki — Na pewno skorzystamy, jak Finnigan będzie miał nas dość. Ale czekaj... Ja zamówię coś dla nas, a ty mi opowiedz, co to za nalewka, kiedy będzie gotowa, i jak minął twój wieczór walentynkowy, bo też jestem ciekaw — rzekłszy z uśmiechem, podążył wzrokiem za barmanem.
      Wybór alkoholów był niewielki i zmieniał się bardzo rzadko, bo jakby nie patrzeć, wystarczyło że było tu cokolwiek czym dało się upić, a mieszkańcy byli zadowoleni.
      — Hej, Ian! Daj no dwie szklanki rumu. — Wyciągnąwszy portfel, wyłożył na ladę kilka dolarów i wrócił zainteresowaniem do słów Theo.

      Cesar Calderon

      Usuń
  18. Przez szybę sklepu zdążyła wcześniej zauważyć, że na licytacji zebrało się sporo osób, a w tym całkiem pokaźna grupa kobiet, które postanowiły tego wieczoru walczyć o swoje. Mogła mieć tylko nadzieję, że każda dostała to, czego chciała, i że wszystkie wieczory osób biorących udział minęły w naprawdę przyjemnej atmosferze. Ona w związku z brakiem obecności, teoretycznie, nie miała takiego szczęścia, by kogokolwiek wygrać, ale praktycznie... wieczór walentynkowy się jeszcze nie skończył, a tak się złożyło, że do sklepu zawitał Theodor. Gdyby Till mogła licytować, z pewnością zależałoby jej na trafieniu w koszyk pana Black, bo z nikim innym nie czułaby się tak swojo, jak z brodatym mężczyzną, do którego żywiła wielką sympatię. I tak szczerze? Wygrała ten wieczór, nawet, jeśli Theo odwiedził sklep Marchandów tylko na moment. Tilia potrafiła cieszyć się z małych rzeczy – odnajdywała w nich wiarę w lepsze jutro. Ale być może faktycznie była zbyt dobra jak na to miasteczko, bowiem wielokrotnie stawiała innych ponad siebie, co zresztą można było zauważyć dokładnie tego wieczoru. Zależało jej, by mieszkańcy mogli otrzymać każdy pożądany produkt, choć innym nie zawsze zależało, by to Tilia mogła w końcu nacieszyć się życiem – starała się tego nie zauważać, bo nie chciała. Momentami wyglądała tak, jakby próbowała naprawić jakiś błąd; jakby w przeszłości nieźle narozrabiała i chciała odkupić wszelkie winy. Po części tak było, lecz nie chodziło o nią, a o jej matkę, która wyjeżdżając do Ottawy zupełnie porzuciła sklep i wszystkie związane z nim obietnice. To był jeden z gorszych okresów w dorastaniu Till, bo Ivana zawiodła kilka osób, które liczyły na jej wsparcie – miała zamówić pewne produkty na życzenie, szczególnie w okresie świątecznym, kiedy to każdy liczył, że spędzi rodzinny czas pod dostatkiem. Niestety, jeszcze na długo po rozwodzie państwa Marchand, mieszkańcy byli zdruzgotani, i to od tamtej pory Tilia starała się zaspokoić potrzeby wszystkich wokół, zapominając o własnych. Tak jej zostało po dziś dzień, bowiem wciąż biegała przy sklepie jak poparzona, by wszystko było na czas, by nikt nie musiał niczego zbyt długo szukać i żeby przy okazji ceny nie były za drogie. Babka często jej powtarzała, że nikt nie zwróci jej czasu, aczkolwiek słowa jednym uchem wlatywały, a drugim wylatywały i właściwie nic w głowie Tilii z tych mądrych przekazów nie pozostało. Prawda jest taka, że Elodie miała rację, i że Till potrzebowała kogoś, kto w końcu ją zatrzyma.
    Uniosła usta, gdy Theo wspomniał o wieczorze z Aurorą – albo raczej na słowo „randka”, którego ton dawał jasno do zrozumienia, że wieczór był zwyczajnym spotkaniem. Czasami miała wrażenie, że pan Black wątpi w swoją osobowość, którą przecież można śmiało określić jako bardzo cenną. Wprawdzie, w Mount Cartier było wielu miłych mieszkańców, jednak nie każdy zaskarbił sobie w oczach Tilii taką aprobatę jak Theodor.
    Wsunęła jeden z ostatnich kartoników na półkę. — Wiesz co? — Rozejrzała się po sklepie, by sprawdzić, czy o niczym nie zapomniała. — Pozostało mi rozliczyć kasę, ale że utarg był niewielki, to zajmie mi to dwie minuty — oświadczyła, a kiedy Theo wspomniał o błąkającym się łosiu, nieco spoważniała. Oczywiście, chciała już zapewnić mężczyznę, że szybko i bezpiecznie dotrze do domu, jednak była świadoma, że łoś nie gwarantował jej ani bezpieczeństwa, ani szybkiego powrotu. Poza tym, wcale nie czuła się na siłach, by gnać ile sił w nogach, kiedy takie bydle ruszy za nią w pogoń, a jak wiadomo, łoś jest w kanadyjskich lasach niczym król lew. Podświadomie chciała, by ktoś jej towarzyszył i otoczył odrobiną opieki.
    Przesunęła wzrok na sklepową podłogę, gdy Theo przełożył jej kosmyk włosów za ucho, a na ustach zagościł widoczny uśmiech – to było miłe, mimo że Tilia łatwo ulegała zawstydzeniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tyle dobrze, że nie oblewała się zbyt wielkim rumieńcem, bo jego – biorąc pod uwagę ciepło, które unosiło się w progach sklepu – z pewnością nie mogłaby zrzucić na szczypiący w policzki chłód.
      — Dobrze — przytaknęła po chwili, przyjmując w dłonie pusty karton. — Rozliczę kasę i możemy iść.
      Stanąwszy za ladą, złożyła karton i wcisnęła go pomiędzy inne. Fakt faktem, odrobinę przeszkadzały, ale z pewnością nazajutrz któryś z mieszkańców je przygarnie. Wyciągnęła kasetkę wraz z utargiem dnia dzisiejszego i przeliczyła pieniądze, zerkając kilkakrotnie na raport, który z trudem wypluła z siebie maszyna. Odnotowała sumę w notesie, wrzuciła pieniądze do portmonetki, a następnie do torby, którą ostatecznie przewiesiła przez ramię, gdy założyła już ciepły płaszcz.
      — Gotowe! — Oznajmiła, zbierając klucze, które od razu wetknęła w zamek frontowych drzwi.
      Na zewnątrz panował wieczór – Tll po raz kolejny utwierdziła się w przekonaniu, że spacer we własnym towarzystwie nie byłby dobrym pomysłem.

      Tilia Marchand

      Usuń
  19. [Kłaniam się! :)
    Nie ukrywam, że bardzo chętnie bym poprowadziła wątek z panem grabarzem. I nawet mam pewien pomysł. Co Ty na to, żeby Lydia pojawiła się w zakładzie pogrzebowym, żeby podpytać o pogrzeb ojca i miejsce jego pochówku?]

    Lydia

    OdpowiedzUsuń
  20. [Dziękuję za miłe powitanie! Chęci jak najbardziej mam, nawet wiele, bo z Teddy'ego (muszę go tak nazywać, wybacz!) jest przeuroczy człowiek, który z miejsca kradnie moje serce. Na co masz ochotę? ;)]

    Maeve

    OdpowiedzUsuń
  21. [Nie, nie, wszystko to brzmi super idealnie. ;) Teddy będzie takim Teddym dla Maeve - w tym przypadku pasuje to idealnie. W zamian za taki miły pomysł - zacznę wątek na dniach! :)]

    Maeve

    OdpowiedzUsuń
  22. [Udało mi się ponadrabiać część odpisów, dlatego przychodzimy po sąsiedzku do Theo z małym pytankiem: nadal masz ochotę popisać z Viv? ;) Jeśli tak to... korki mogły wywalić w domu Vivian, w związku z czym mogłaby zapukać do sąsiada i poprosić o pomoc, bo sama to co najwyżej może popatrzeć na tę skrzynkę w głębokiej zadumie i złości, że wszystko co złe musi jej się dziać akurat w tym miasteczku. ;D Inną opcją jest oczywiście ratunek przed (bardzo nieszkodliwym, ale groźnie wyglądającym) psem, który jakby było już ciemno trochę powarczałby na Vivian, a Theo akurat napatoczyłby się wracający z pubu/pracy czy skądkolwiek i pogonił czyjegoś nicponia. Ona tych zwierząt nie zna, ludzi zresztą niektórych też nie, więc nic dziwnego, że by się odrobinę wystraszyła.
    Chyba, że masz jakieś inne pomysły to droga wolna, możesz mówić!]

    Vivian

    OdpowiedzUsuń
  23. Matka Cesara robiła wyśmienite nalewki, mając szczególny dar do dobierania odpowiednich składników i przypraw – niektóre zabijały smak spirytusu, a inne sprawiały, że usta mimowolnie krzywiły się od nadmiaru cierpkości. Nalewka ze świdośliwy należała do tych szczególnych, okraszonych nutą intensywnej słodyczy, której brakowało wielu innym owocom. Poza tym, świdośliwa dojrzewała tylko w jednym miesiącu, a jej uprawa w lodowatym Mount Cartier była o stokroć trudniejsza, niżeli w innych rejonach Kanady – nic dziwnego, że owoców tego krzewu nie było zbyt wiele, a ich ilość opiewała mianem wyjątkowych i wystawianych tylko na szczególne okazje. I, cóż... Nic dziwnego, że to właśnie ona stała się celownikiem dla Cesara i Theodora, gdy ich kubki smakowe zaczęły już rozróżniać smaki, bowiem należała do grona rzeczy trudno dostępnych. Tamten dzień z pewnością przeszedł do listy dni niezapomnianych, a pierwsze zetknięcie się ze smakiem, zapachem i złą miną ojca Cesara, wyryło się w pamięci tej dwójki na dobre. Wiele było podobnych sytuacji, wszak panowie zawsze trzymali się razem i chwile smutku, bądź radości, przezywali wspólnie. Po wyjeździe Vincenta, to Theodor stał się dla Cesara oparciem i to na dłonie przyjaciela składał zaufanie, zresztą, od Blacka zawsze mógł liczyć na pomoc, po którą wielokrotnie szedł, gdy nie mógł wytrzymać we własnym towarzystwie.
    Calderon nie wątpił, że rozstanie z Vivian miało wpływ również na Theodora – stanął on pomiędzy młotem a kowadłem. Cesar wiedział, że Theo miał ciepłe relacje z Vivian, tym bardziej, że oboje znali się przez płot, ale nigdy nie próbował namawiać Theo, by zerwał kontakt z kobietą ze względu na ich prywatne niesnaski. I jakkolwiek nie byłby wtedy wkurzony, nie miałby skrupułów, by stawiać przyjacielowi warunek w postaci porzucenia jednej ze stron, nawet, jeśli zszargane nerwy za każdym razem nieubłaganie dekorowały jego twarz. Bo prawda jest taka, że sam także nie chciałby znaleźć się w takiej sytuacji.
    Gdy Black wspomniał, że jego wieczór walentynkowy był ciekawy, Cesar uniósł lekko brew, po czym stuknął swoją szklanką w szklankę przyjaciela i upił łyk rumu. Alkohol błyskawicznie pozostawił w przełyku uczucie ciepła, które po sekundzie rozlało się już po całym ciele.
    — Zadziwiające — przyznał na wzmiankę o łosiu — Podejrzewałem, że pani Smith sieje tylko niepotrzebny zamęt, a tu proszę... łoś w Mount Cartier.
    Najwidoczniej ostatnimi czasy było za spokojnie, jeśli mowa o dzikich zwierzętach. Nawet niedźwiedzie dały sobie spokój z zaglądaniem w progi mieściny, aczkolwiek łoś prawdopodobnie jeszcze nie wiedział co go czeka w starciu z tutejszymi mieszkańcami.
    Powędrował na ułamek sekundy wzrokiem w kierunku zebranych gości, by dokładnie zidentyfikować znajome twarze, po czym powrócił błękitem tęczówek do przyjaciela. Ściągnął lekko brwi, zaś na ustach wymalował grymas, zauważywszy że Theodor wsiąknął we wspomnienia dotyczące pierścionka. Rozumiał go i nawet nie zamierzał tego kwestionować, bo byłby absolutnym hipokrytą, gdyby bezinteresownie nakazał mężczyźnie wrzucić karty przeszłości i polecił szukać wiatru w polu. Sam – mimo że z upartością maniaka twierdzi, że jest inaczej – wciąż wracał myślami do Vivian, tym bardziej teraz, kiedy jej obecność w Mount Cartier stała się rzeczywistością. Ale Theodor nie mógł liczyć na obecność narzeczonej...
    — Wiesz co? — Zaczął, chyląc się nieznacznie ku mężczyźnie — Masz rację – trzeba iść do przodu. Ja nie poszedłem i możliwe, że dużo straciłem w ciągu tych dziesięciu lat, podczas których uparcie wierzyłem, że miłość to tylko puste słowa, i że beze mnie będzie jej lepiej — przerwał, spoglądając na trunek w szklance — Właściwie to straciłem wszystko — poprawił się, gdy zrozumiał, ze dziesięć lat to ogromny szmat czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Może, gdybym nie siedział jak ten buc i próbował coś naprawić, dawno byłbym szczęśliwy... Dlatego nie czekaj, bo czekanie to najgorsze z możliwych wyjść. Nim się obejrzysz, znów zostanie ci tylko chwila, by się nacieszyć — wyprostował plecy, podpierając ręce o ladę baru i przyglądając się jak alkohol zatacza się na ścinkach szkła przy lekkich, okrężnych ruchach dłoni.
      — Będziesz umierał tak, jak chociażby ja — prychnął, kiwając głową na rozmiar własnych błędów — W wieku prawie czterdziestu lat, w towarzystwie nalewki — zerknął na Theodora, podnosząc usta ku górze. Zabrzmiało to na tyle zabawnie, że ciężko było powstrzymać uśmiech — Ale, cóż, zawsze może być gorzej — rzekł z uśmiechem, spijając większy łyk złotego rumu, którym opróżnił szklankę prawie do dna.
      Cesar starał się nie doradzać, jednak w tym wypadku wiedział co mówi, bo cenę takich błędów znał z autopsji. Nie zamierzał dyktować Theodorowi tego, jak powinien był postąpić z przeszłością, aczkolwiek chciał zwrócić uwagę na przyszłość, która mógł idealnie ułożyć, jeśli tylko pozwoli sobie na odrobinę szczęścia – tym przy okazji może obdarować inną osobę, a przecież w Mount Cartier była panna, do której Theodor żywił sympatię... No chyba, że Cesarowi psuł się wzrok i źle odczytywał jego znajomość z Marchandówną.

      Cesar Calderon

      Usuń
  24. Tilia z pewnością należy do grona osób radosnych, wszak swoja energią potrafiła zarazić nie jedną sztywną duszę, aczkolwiek tak, jak grzeszy optymizmem, tak w głębi okazuję się nieśmiała i skromna – choćby dzięki jej staraniom każdy w miasteczku miał na raj na ziemi, nigdy nie przypisałaby sobie całych zasług, a wręcz przeciwnie. Z pewnością brakowało jej pewności siebie, czego zresztą była świadoma, bo wielokrotnie odpuściła, podczas gdy los zesłał na jej barki podjęcie decyzji, której skutek niósł ze sobą jakiś owoc – tak też było, kiedy miała wyjechać, by zupełnie zatracić się w umiejętnościach plastycznych. Wprawdzie, nigdy nie żałowała tej decyzji. Odkąd sklep pozostał na utrzymaniu jej i ojca, Tilia nawet nie miała czasu, by uciekać do tego co by było gdyby, nawet, jeśli Timothy często ganił się za to, że jedyna córka pozostała w tej dziurze ze względu na starego pryka. Jednak panna Marchand miała inne zdanie, bowiem czuła całą sobą, że Mount Cartier to jedyne miejsce na ziemi, gdzie mogłaby wieść beztroskie życie, toteż nigdy nie uważała ojca za powód tej decyzji. Tak naprawdę była mu wdzięczna, że w chwili kryzysu nie zwątpił i, w przeciwieństwie do Ivany, nie schował głowy w piasek na drugim końcu kraju. Zresztą, nie tylko jemu mogła zawdzięczać pomoc, bo w miasteczku miała wielu przyjaciół, i w dodatku takich, którzy zasługiwali na to miano w stu procentach, a których z pewnością nie spotkałaby w Vancouver czy innym większym mieście. Lubiła Mount Cartier – wystarczyło spojrzeć na dom kultury, by zdać sobie sprawę, jak bardzo tutejsi obywatele są ze sobą zżyci. Tilia pluła sobie w brodę, że nie mogła towarzyszyć znajomym w licytacji walentynkowej, jednak wychodziła z założenia, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – w końcu Theodor mimochodem odwiedził ją w sklepie i nawet zechciał odprowadzić po dom. Kto inny troszczyłby się tak o jej bezpieczeństwo?
    Zamknąwszy sklep, wrzuciła klucze do torby i wsunęła na kaskadę blond włosów czapkę, zaś na smukłe dłonie materiał ciepłych rękawiczek. Buchająca z ust para dawała jasno do zrozumienia, że zima nie zamierza tak łatwo odpuścić, a skrzący się w świetle księżyca śnieg, tylko pogłębiał uczucie zimna. Tilia wzdrygnęła się nieznacznie, gdy jej organizm napotkał na drodze różnice temperatur, po czym zerknęła na Theodora — Myślę, że uda mi się nie zamienić w sopel lodu — odpowiedziała z uśmiechem, poprawiając szal, którego wełniane nitki bezinteresownie właziły jej do ust.
    Ostrożnie stawiała krok za krokiem, co by nie wpaść przypadkiem w jakąś zaspę. W oddali wciąż było słychać gwar rozmów dochodzący z budynku domu kultury, jednak im bardziej oddalali się w kierunku domów, tym gęstsza cisza oblewała ich okolicę. Panna Marchand momentami miała wrażenie, że w tej przeszywającej ciszy czai się jakiś potwór, który tylko czeka na odpowiednią okazję, by wyskoczyć z chaszczy i narobić bałaganu. Jakkolwiek nie byłoby to dziecinne, kobieta zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa zamieszkującego tutejsze lasy – niedźwiedzie, łosie, wilki i każde inne czworonogi, którym od kilku dni poważnie burczy w brzuchu, i które na pewno nie będą wybrzydzać, jeśli trafi im się kawał świeżego mięsa.
    Gdy Theodor przyłożył palec do ust, Tilia zatrzymała się lekko spłoszona, jednak nie wydobyła z siebie żadnego dźwięku. Spojrzała mimowolnie na ścianę lasu, a po chwili powiodła za wzrokiem mężczyzny prosto na masywne poroże łosia, skrywającego swe cielsko za rogiem budynku. Poczuła jak serce podeszło jej do gardła, a nogi zdrętwiały w bezruchu – co by było gdyby, nie daj Boże, szła tędy sama? Nawet nie była świadoma, że łoś może być zaledwie kilka metrów dalej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopiero kiedy Theodor pociągnął ją za rękę, Tilia wyrwała się z objęć przerażenia. Usłyszawszy pytanie, podniosła spojrzenie na tęczówki mężczyzny i pokiwała głową — Ja... W porządku — potwierdziła szeptem, gdy zrobiła błyskawiczną analizę wszystkich za i przeciw. Nie chciała pchać się Theodorowi do domu, bo z natury nie lubiła robić za nieproszonego gościa, tym bardziej, że Theo mógł być zupełnie nie przygotowany do odwiedzin jakichkolwiek znajomych, jednak wiedziała, że odmowa nie wchodziła w grę. Chodziło o zdrowie ich obu.
      — Wybacz za kłopot, Theo — dodała, uciekając wzrokiem w bok. Nie chciała się narzucać, ale z drugiej strony nie była na tyle odważna, by pójść przed siebie i stanąć oko w oko z wielkim łosiem. Poza tym, jeśli Theo uznał to za niebezpieczne, to tym bardziej powinna była się jego słuchać.
      Ciekawe, co takiego ją jeszcze dziś zaskoczy. Przecież nie była nawet przygotowana do nocowania w progach pana Black... Nie nawet pidżamy, z czego sekundę temu zdała sobie sprawę, zagryzając delikatnie wargę.

      Tilia Marchand

      Usuń
  25. [Cześć :) Dziękuję ślicznie za powitanie; nieważne kiedy miało ono miejsce i po jakim czasie, zapewniam, że bardzo mi miło :]
    Będę się powtarzać, bo niejednemu to już napisałam, niemniej nie umiem tworzyć niedopracowanych postaci. Nawet jeśli szczegóły i prawdziwy charakter wychodzą w wątkach, to jednak muszę mieć ją przemyślaną, a tym samym wyobrażoną w swojej głowie, by umieć daną postacią pisać. Mam nadzieję, że ma to jakikolwiek sens xD
    Dziękuję za miłe słowa dotyczące Harry'ego i niezmiernie cieszy mnie, że prezentuje się on realistycznie; o nic więcej nie mogłabym prosić.
    Oczywiście, doskonale to rozumiem; są rzeczy ważne i ważniejsze, a o ile MC nie ucieknie, o tyle nauka czekać nie będzie. Powodzenia ze wszystkim i do napisania! :D]

    Harry Preston

    OdpowiedzUsuń
  26. [Dziękuję bardzo! Ależ z tego Twojego Teddy'ego fajny facet. Nie mogę odmówić Finn posiadania kogoś takiego w życiu, więc tak, mam wielką ochotę na wątek. ;) Pytanie tylko, na co Teddy miałby z Finn ochotę (jakkolwiek to nie brzmi).]

    Finlay Watson

    OdpowiedzUsuń
  27. [widzę, że na razie jesteś na urlopie, ale jak wrócisz to proponuję zrobić burzę mózgów i zrobić im jakieś "większe" powiązanie :D]

    Scarlett Swan

    OdpowiedzUsuń
  28. [Się uśmiałam! :D]

    Gdy Theodor wspomniał, że ostatnio wybrał się na mszę, na twarzy Calderona wymalowało się widoczne zdziwienie. Aż mimowolnie podrapał się po głowie, nie będąc pewnym, czy jego mózg w połączeniu z alkoholem, nie zmodyfikował tych kilku wyrazów. Ale, jak się okazało, jednak nie – Theo faktycznie poszedł do kościoła z własnej, nieprzymuszonej woli! Oj, Cesar powinien był wziąć z niego przykład i także odświeżyć swoją wiedzę na temat nabożeństw, skoro duchowny faktycznie miał do nich smykałkę. W każdym razie, trudno było się nie roześmiać na dalsze wyznanie, w którym mężczyzna wspomniał o plotkarach spod kaplicy, i faktu, że – oczywiście! – nic, a nic od nich nie podsłuchał. Ale, Cesar przez chwilę zaczął się zastanawiać, czy jego temat także wkroczył na salony – w końcu wciąż był starym kawalerem, któremu nie paliło się do ślubnego kobierca, a przecież brak ustatkowania się, czy życie na kocią łapę, to obłuda i gałgaństwo. Niemniej, na razie się tym nie przejmował, choć chętnie wypomniałby tutejszym staruszkom, że takie z nich dewotki, jak z niego organista.
    Zdążył upić łyk rumu, kiedy Theodor wypalił, jakoby polował na jego cnotę, i omal się nie zakrztusił! Odchrząknął kilkakrotnie i odrobinę się skrzywił, gdy alkohol zapiekł go w krtań. — Na litość Boską! — Wycharkał, przenosząc skołowaciałe spojrzenie na towarzysza — Czy te baby, do jasnej cholery, powariowały? — Pokiwał głową z dezaprobatą i przechylił szklankę, opróżniając ją niemalże do dna. Tego to w całym swoim życiu jeszcze nie słyszał, ażeby któraś ze staruszek wpadła na takie podejrzenia, bo odkąd wszyscy pamiętają, to panowie są dla siebie jak bracia. Najwidoczniej, starszym zaczyna się powoli przewracać w głowach.
    — Weź przestań — przełknąwszy ślinę, posłał mu z tych niebieskich ślepi równie srogie spojrzenie. Że jeszcze Theodor miał ochotę na żarty! W sumie, było to dość zabawne, i gdyby nie rozbawienie przyjaciela, pewnie podszedłby do tego na poważnie, jednak po chwili sam uśmiechnął się szerzej, aż w końcu prychnął krótkim śmiechem. — Ian, podaj ten rum proszę, bo nie strawię pewnych wieści na trzeźwo — rzekł do barmana, który zwrócił uwagę na Balcka. Procenty już zaczynały docierać do odpowiednich organów, jednak był to ten etap, w którym zamiast przestać, zazwyczaj chciało się więcej.
    Czasy szkolne Cesar pamiętał dobrze, i choć zawsze wydawało mu się, że to obok Theo kręci się więcej panien, to ostatecznie mężczyzna wyjawił mu pobudki koleżanek, którym zależało jedynie na dowartościowaniu się poprzez zazdrość reszty dziewcząt. I tak – Theodor z pewnością ułatwił mu życie, bo dzięki spławianiu pustych uczennic, udało mu się poznać Vivian, z którą, jakby nie patrzeć, spędził naprawdę udane lata związku. Dlatego też miał wobec przyjaciela dług wdzięczności.
    — Ale wiesz co, Black? Jak jesteśmy już przy wyznaniach — zaczął, dziękując w międzyczasie barmanowi za kolejną dostawę alkoholu — Ja zawsze zazdrościłem ci brody... — wzruszył ramionami i niedbale przejechał dłonią po własnym zaroście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Masz prawdziwą brodę, a nie to co u mnie... Wióry, jak w stolarni u Prestonów — burknął krótko, po czym machnął ręką i upił łyk złotego trunku. Zdążył się przyzwyczaić do tego, ze na wiele rzeczy nie ma wpływu, a tym bardziej na kwestię zarostu, koloru oczu, czy kształtu własnej twarzy. Sam jakoś nie lubił przegladać się w lustrze, zresztą, robił to tylko wtedy, kiedy szedł na jakieś oficjalne wydarzenie, zorganizowane przez szalonego burmistrza. Albo do sąsiadów na obiad.
      Wieczór zacząć się naprawdę ciekawie, a panowie wciąż mieli pełną butelkę nalewki do opróżnienia. Co prawda, Mount Cartier im nie straszne, ale ostatnie opady śniegu udekorowały drogi w potężne zaspy... A raczej żaden z nich nie podoła, by iść środkiem.

      Cesar Calderon

      Usuń
  29. [Dziękuję najmocniej za powitanie! My faktycznie się nie znamy, chociaż a mam jakieś podejrzane wrażenie, że Teosia jakoś kojarzę. Może to już omamy mnie na starość łapią... No, cóż. Poza tym krótkim jednak wprowadzeniem, uważam że masz super pomysł z tą wspólną wyprawą do Churchill i w ogóle w kwestii takiej przyjazno/kumpelskiej relacji. Ona taka młoda, on jeszcze nie taki stary, choć babę i dzieci jużby mógł mieć :P Ale razem mogliby się super dopelniać. On by jej kupował alkohol w sklepie, on podkradała Malboro ze stacji, rozmawialiby o poważnych tematach i robili sobie sprośne i dwuznaczne żarty. Co do flirtowania, pewnie Lily by sobie nigdy nie odmówiła, ale faktycznie Teoś mógłby na to już nie zwracać uwagi. Byliby bardzo fajni w takiej relacji, przynajmniej oczami mojej wyobraźni :D
    Czy skoro podałaś pomysł to ja mam zacząć? Pytam się, bo jestem aktualnie leniuszkiem, ale jak trzeba to pełna mobilizacja nastąpi :*]

    Lily Harding

    OdpowiedzUsuń
  30. Czasami pluła sobie w brodę za tą swoją nieśmiałość. Gdyby faktycznie miała więcej pewności siebie, szczerze podziękowała by poczciwemu losowi za to, że zgotował im na drodze czworonożną niespodziankę. Teraz niekoniecznie miała ochotę mu dziękować, ale nie dlatego, że towarzystwo Theodora jej nie odpowiadało, a wręcz przeciwnie – odpowiadało, czasami aż za bardzo. To dlatego czuła się odrobinę niezręcznie, bowiem była zupełnie nieprzygotowana do wspólnego wieczoru. Otóż, Tilia od zawsze miała niską samoocenę i zawsze utwierdzała się w przekonaniu, że nie różni się niczym od reszty kobiet, zamieszkujących tą małą mieścinę. Chciała więc wyglądać ładnie, jeśli nadarzy się okazja do spotkania z Theodorem, a mówiąc ładnie, miała na myśli jakąś konkretną kreację – ładny sweter, dobrane spodnie, lekki makijaż i niepotargane wiatrem włosy. A po pracy w sklepie z pewnością nie wyglądała jak anioł, a raczej jak zwykła pracownica, która właśnie skończyła zmianę. No ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem – chcąc, czy też nie chcąc, musiała zaakceptować obecny stan rzeczy. O tyle dobrze, że Theodor chętnie podzieli się z nią własną garderobą, nawet, jeśli ta faktycznie będzie sięgała jej do kostek.
    Mróz dawał się ostro we znaki. Kobieta miała nadzieję, że w drodze odrobinę się zmęczy i rozgrzeje, jednak jedyną opcją rozgrzania, było pocieranie dłoni, które tak czy siak niewiele dało. Była przyzwyczajona do szczególnie nieprzyjemnych warunków pogodowych, wszak mieszkała tu od zawsze, aczkolwiek niekoniecznie za nimi przepadała. Za każdym razem, kiedy czytała wyznania pogodynki, miała nadzieję, że temperatura podniesie się choć o kilka kresek, a śnieg przestanie zasypywać tutejsze rejony kolejnymi pokładami białego puchu – zaczynała już tęsknić za wiosennymi promieniami słońca.
    Kiedy dotarli pod drzwi do chatki Blacka, Tilia ściągnęła z ust szal. Uśmiechnęła się na widok Tadka, który zdawałoby się, że nawet przybrał na zimę trochę więcej ciałka. — Może latem się uda, jeśli będzie łaskawe i ciepłe — rzekła, wchodząc do środka. Od razu ściągnęła rękawiczki i zabrała się za rozpinanie zimnego płaszcza, bowiem u Blacka było o stokroć cieplej, niżeli na zewnątrz, a szczerze pragnęła, by się nieco ogrzać.
    — Oj tak, chętnie się skuszę na herbatę — przyznała, zsuwając buty i odganiając włosy wpadające jej uparcie do oczu.
    Rozejrzała się odruchowo po mieszkaniu, i faktycznie niewiele się zmieniło od jej ostatnich odwiedzin. Ale Tilia nie uważała, że należało cokolwiek tutaj zmieniać – lubiła przytulne chatki, a u Theodora zawsze odczuwała tą domową atmosferę. Nawet by się nie pogniewała, gdyby Black faktycznie nie był przygotowany do odwiedzin, bo w tym miejscu nawet bałagan miał swój urok. Zresztą, jej także zdarzyło się bałaganić, choć ostatnimi czasy musiała pilnować porządku, jako że po pracy nie miała już ani chęci, ani sił na sprzątnie czegokolwiek.
    — Ale, jeśli rozpalisz w kominku, to obejdzie się bez koca — uśmiechnęła się, zdejmując z głowy czapkę i wcisnęła ją w rękaw płaszcza. Po chwili przeszła za Theodorem w stronę salonu, zerkając na Tadka, który paradował już w swojej klatce. Niebywale uroczy był z niego zwierzak. Tilia sama chciałaby mieć takiego towarzysza, ale nie była pewna, czy podoła z opieką. Samo posiadanie świnki morskiej było całkowicie bezsensu.
    Zauważywszy na ustach Theodora ten dziwny uśmieszek, podniosła pytająco brwi. Miała już zamiar zapytać, co go rozbawiło, jednak po słowach mężczyzny pytanie okazało się zbędne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — To dlatego poleciłeś mi łazienkę! — Roześmiała się, gładząc rozwiane włosy — Dzięki Theo, zawsze mogę na Ciebie liczyć — dodała żartobliwie. Strzeliłaby mu porządnego kuksańca, ale za bardzo zależało jej na tej herbacie.
      Usiadła na kanapie, kładąc obok torbę, z której sekundę później wygrzebała gumkę do włosów i szczotkę. Szybko przeczesała włosy, po czym zaplotła je w niedbały warkocz, a następnie odłożyła torbę obok kanapy, tak, by nikomu nie przeszkadzała. — Mam nadzieję, że tak jest lepiej — odparła w kierunku Theodora, po czym odruchowo podciągnęła nogi pod kolana i oplotła je dłońmi. Czasami szczerze zazdrościła dziewczynom krótkich włosów, bo nie musiały się z nimi tak zmagać, jak Tilia. Wystarczyło, że zawiał mocniejszy wiatr, a kosmyki przeplatały się o siebie, tworząc coraz to dziwniejsze wiązanki. No ale ściąć ich także nie chciała. Cóż, kobiety już takie są, po prostu.

      Tilia Marchand

      Usuń
  31. [Ja też na pewno wrzucę! W dzień pewnie zabiorę się za uzupełnianie zakładek :)]

    Baby gadały i gadać będą, nawet, jak w życiu tej dwójki zacznie się faktycznie układać. One zawsze znajdą sobie temat, a jak nie, to zdążą go wymyślić nim nadejdzie pora na kolejną mszę. Cesar, szczerze mówiąc, machał już na to ręką, bo choćby poruszył niebo i ziemię, nigdy nie wypleni z niej plotkar – dopóki nie będą deptały mu uparcie po piętach, dopóty będzie trzymał język za zębami, ale jak tylko nadarzy się okazja, skorzysta z atutu jakim jest szczerość i wyperswaduje babom włażenie z brudnymi butami do obcego życia.
    — Chociaż rośnie — przyznał z cichym westchnięciem, upijając kolejny łyk ze szklanki. Gdyby jego tak rosła, były wręcz szczęśliwy, jednak genów sobie nie przeprawi.
    Czas faktycznie leciał szybko – identycznie jak kolejki, które schodziły mężczyznom w tempie ekspresowym. Im więcej szklanek, tym robiło się weselej, chociaż Cesar nie zwrócił nawet uwagi na to, że ludzie powoli opuszczają lokal i wracają do domu. Dopiero po chwili, kiedy zdał sobie sprawę, że zrobiło się znacznie ciszej, zechciał odwrócić łeb i spojrzeć na puste stoliki, których nie zdobiły już nawet butelki, bowiem Ian zdążył je zgarnąć. Najwidoczniej zostali ostatnimi gośćmi... Ale to też kilka razy w ich życiu miało okazję się zdarzyć. Ian powinien był się w końcu przyzwyczaić, aczkolwiek Calderon odrobinę mu współczuł, bo facet nie mógł sobie pobalować tak, jak reszta. Ktoś przecież musiał trzymać to wszystko w ryzach.
    — O masz ci los... Cicho jak makiem zasiał — przyznał, zerkając na Iana, który faktycznie chciałby zamknąć bar i odpocząć spokojnie na materacu własnego łóżka — Dzięki za wieczór, Ian — rzekł do barmana, który skinął im tylko głową, po czym zsunął się z barowego stołka, pamiętając o schowanej w kurtce nalewce.
    Akurat w tym stanie upojenia, Calderon bagatelizował to, czy wróci do siebie, czy do Theo, czy gdziekolwiek indziej, bo jednego był pewien – trzeźwy to nie wróci na pewno, kwestia tego by wrócił cały, włącznie z Theo. A przez różne rzeczy panowie mieli okazję przechodzić i różnymi, czasami cholernie okrężnymi, drogami wracać.
    — W karty? Dobra, to zagram z Tobą. Ale musimy iść do Ciebie, bo nie mam pojęcia, gdzie schowałem karty — i nie było szans, aby dziś je znalazł. To mogło wiązać się z buszowaniem na strychu, a żeby tam się dostać, należało poradzić sobie z przeszkodą, jaką stanowi stroma drabinka. Choć w karty tak właściwie to dawno nie grał, niemniej zasady do niektórych gier pamiętał, więc nic nie stało na przeszkodzie, by sobie wieczór partyjką kart umilić.
    Założywszy kurtkę, poprawił schowaną w wewnętrzną kieszeń butelkę i zapiął się po samą szyję, lekko przycinając brodę, ale nie zwracając na to w sumie żadnej uwagi. — Ja to bym pośpiewał — wyznał, gdy oboje przekroczyli próg baru. Zimne powietrze od razu uderzyło w twarz Cesara, choć alkohol skutecznie blokował uczucie chłodu i mrozu. No i tak, jak wspomniał, tak zaczął też nucić słowa do „What a wonderful world”. Na szczęście nie tak głośno, by pobudzić mieszkańców.

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  32. Mogłoby się wydawać, że panienki rzadziej wysłuchują biadolenia starszych kobiet, ale niestety – nie w Mount Cartier. Ilekroć do sklepu zaglądały starsze obywatelki tutejszej wioski, Tilia paliła rumieńca, niczym dojrzały burak, bowiem momentami nie była sobie w stanie poradzić z tym brakiem powściągliwości ze strony sąsiadek. Powinna była przywyknąć do ich rad, a czasami i niezręcznych pytań, jednak zawsze gdy którejś udało się spostrzec, że Tilia faktycznie darzy Theodora szczególnym uczuciem, nie potrafiła tego w żaden sposób zatuszować. A że kłamanie ze szczerych uczuć szło jej źle, sąsiadki zazwyczaj to wykorzystywały, i może dlatego kilkakrotnie zaczepiły również Theodora. Niemniej do miasteczkowych swatek należało się po prostu przyzwyczaić, nawet, jeśli te co ranek potrafiły rozpisywać scenariusz na resztę życia praktycznie obcym ludziom.
    Prawda jest też taka, że panna Marchand nie do końca wiedziała, co myśli o niej Black. Nie wątpiła w to, że ją lubi, wszak poświęcał jej sporo czasu, a teraz przygarnął do własnej chatki, by młoda niewiasta nie wpadła przypadkiem na świeżo zaostrzone poroże łosia – doceniała to, tak jak każde inne poświęcenie mężczyzny... Ale wciąż nie była pewna, czy Theodor robi to z czystej grzeczności, czy w ramach konkretnych zamiarów. Otóż, znała go i wiedziała, że los nie poskąpił Blackowi uprzejmości, bo jeśli miałaby wymienić najmilszą osobę na świecie, to padłoby właśnie na Theo, jako że nikt inny nie zaskarbił sobie w niej tyle sympatii, co wysoki brodacz. Ale tej jednej kwestii określić nie potrafiła – czy Theodorowi faktycznie zależało na przekroczeniu progu przyjaźni, czy to tylko jej mózg wyklarował jakieś niedorzeczne zwidy i odczucia. A dlaczego sama nigdy nie wyszła do Theo z tym tematem? Bo obawa, że kilka słów mogło by zepsuć to, co do tej pory udało im się wspólnie wypracować, była zbyt duża, aby ją przeskoczyć. Przynajmniej dla Tilii.
    Gdy mężczyzna wrócił do pokoju wraz z kubkami parującej herbaty, na ustach jasnowłosej znów pojawił się uśmiech. — Ładnie pachnie — przyznała, choć musiała powstrzymać się od chęci skosztowania apetycznego wywaru, co by nie sparzyć sobie języka. Od zawsze czekała, aż ciepłe napoje odrobinę ostygną, w związku z czym nigdy nie nauczyła się pić ich w temperaturze wyjściowej. I dlatego też lekko się zdziwiła, gdy Theodor tak po prostu zbagatelizował parzący kubek, sięgając po kilka pewnych łyków herbaty.
    O dziwo, wizja spędzenia nocy w chłodnym domu zupełnie jej nie przeraziła. Po pierwsze, zdawała sobie sprawę, że na dworze jest o stokroć zimniej, a po drugie – to chyba wewnętrzne emocje ogrzewały kobietę od środka. Acz koca ostatecznie nie odmówiła, ale również nie przygarnęła go sobie całego, bo gdy tylko Theodor zajął miejsce obok, w delikatnie koślawy sposób okryła także jego. Przy okazji nieco się przysuwając, by nie pozostał mężczyźnie tylko marny brzeg. — Nie przejmuj się — rzekła z wyraźnie pokrzepiającą nutą, dla wygody wyciągając ręce na wierzch koca — Jest mnóstwo sposobów na rozgrzanie się i wcale nie musi to być kominek, więc na pewno sobie poradzimy. Zresztą, czy kiedyś sobie nie poradziliśmy? — Zerknęła na Theodora, unosząc kącik ust, choć nie oczekiwała odpowiedzi. Oboje dobrze wiedzieli, jak ona brzmi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prawdzie, nad spędzeniem nocy w zimnej chatce się jeszcze nie zastanawiała, ale jeśli mróz rzeczywiście da się jej we znaki, to nie zawaha się nad skorzystaniem z ciepła Theodora. Jeśli zajdzie potrzeba, z pewnością go obudzi i wyprosi o miejsce obok, żeby podkraść mężczyźnie nieco ciepłoty i się nią nacieszyć.
      Po chwili zagryzła nieznacznie wargę, zastanawiając się, czy miała ochotę coś przekąsić, czy jednak nie. I w sumie... — A masz może coś słodkiego? — Podpytała, spoglądając na mężczyznę. Domyślała się, że świeżych jagód w zimę to nie uświęci, ale miała ochotę tak naprawdę na cokolwiek. Ostatnio wraz z ojcem dostali od sąsiadki całkiem smaczne konfitury, z których Tilia uparcie wyjadała słodkie owoce, natomiast podczas pracy w sklepie zawsze podjadała czekoladowe ciasteczka, które stale zresztą zamawia, bo są niesamowicie pyszne. Ot, cała Tilia – do słodkości to pierwsza.

      Tilia Marchand

      Usuń
  33. [Nie mam planów, lubię jak znajomości rozwijają się w wątkach naturalnie, co tam nam spod palców wyjdzie. ;) Zacznę więc, niech Teddy się szykuje na porządne manto. ;D]

    Finlay

    OdpowiedzUsuń
  34. Koniec marca, mija osiem miesięcy, odkąd Finlay pojawiła się w Mount Cartier. Wracała ze spaceru, opatulona szalikiem, który pani Redwayne zrobiła jej na gwiazdkę, wystawiając twarz do słońca, czując jak marcowy mróz szczypie ją w nos i policzki i stwierdziła, że te osiem miesięcy było najlepszym okresem w jej życiu. Była spokojna i zaczynała bez obaw spoglądać w przyszłość. Pani Redwayne była nie tylko miłą starszą panią, którą przyszło jej się zaopiekować, ale przez te ponad pół roku stała się dla Finn kimś na kształt babci – bo choć to Watson miała się nią zajmować, kobieta zawsze pilnowała, by dziewczę założyło szalik i czapkę, by nie chodziło głodne; nie zadawała pytań, gdy Finlay dopadała melancholia, ale nie zostawiała jej w takich chwilach samej sobie. Dla Finn było to coś zupełnie nowego. W domu dziecka miała szczęście do opiekunek, jednak ile ciepłych uczuć by one w sobie nie miały, dzieci zawsze było wiele. Tutaj żyła ze świadomością, że ktoś się o nią troszczy i faktycznie o niej myśli. Chyba pierwszy raz w życiu poczuła, że być może odnalazła swoje miejsce na ziemi.
    Z pewnej odległości, ogarnęła wzrokiem domek pani Redwayne, zauważając, że kobieta właśnie z niego wychodzi. Gwizdnęła i pomachała, słysząc w odpowiedzi, że ta wychodzi do sąsiadki, ale zaraz wróci, a młody Tom ją odprowadzi, więc Finlay nie ma się czym martwić. Uważając, by nie obić sobie tyłka, Watson ześlizgnęła się z górki i wpadła z impetem do domku, gdzie natychmiast rozebrała się ze wszystkich niepotrzebnych warstw i ogrzała nieco przy kominku. Gdy na powrót zaczęła czuć własne palce, a Holmes przestał już ocierać się z przyjemnością o jej nogi, przeszła do pokoju pani Redwayne, by nieco ogarnąć, zanim kobieta wróci i stwierdzi, że może zrobić to sama. W końcu od tego miała Finlay.
    Układała właśnie świeżo wyprane ubrania, kiedy usłyszała trzask drzwi. Sądząc, że to pani Redwayne, podniosła się z łóżka i chciała wyjść, by ją powitać, jednak natychmiast zdała sobie sprawę, że kroki były zbyt ciężkie, jak na starszą kobietę. Poza tym, Dorothy zawsze wołała do niej od progu.
    Rozejrzała się nieco wystraszona, szukając czegoś, co posłużyłoby jej za broń. Nie miała pojęcia, czy jej podopieczna grała kiedyś namiętnie w golfa, ale znalazła kij golfowy i stwierdziła, nauczona przykładem żony Tigera Woodsa, że da radę. Zdjęła kapcie, żeby nie zwrócić na siebie uwagi, i zaczęła powoli skradać się w kierunku kuchni, dokąd, jak słyszała, poszedł włamywacz. Może był po prostu głodnym włóczęgą, bo w innym przypadku, nie wiedziała, czego mógłby tam szukać. Zacisnęła palce mocniej na swojej broni, aż pobielały jej knykcie, starając się zachować zimną krew. Zza ściany, zajrzała ostrożnie do kuchni, dostrzegając ogromnego, niemal dwumetrowego mężczyznę, na którego widok prawie stanęło jej serce. Stał odwrócony do niej tyłem, robiąc coś na blacie i Finlay, nie zastanawiając się nad niczym, podeszła i z całej siły uderzyła go kijem golfowym najpierw w plecy, w okolicy nerek, później nieco lżej w głowę, chcąc go ogłuszyć.
    — Nie ma tutaj czego kraść, a jak zacznę krzyczeć, zlecą się wszyscy sąsiedzi!

    Finlay Watson

    OdpowiedzUsuń
  35. [Dziękuję! Co prawda z opóźnieniem, ale chyba też się liczy, prawda? :> A jeżeli chcesz się czegoś o Maisie dowiedzieć, to serdecznie zapraszam na wątek!]

    Maisie Chamberlain

    OdpowiedzUsuń
  36. [O dzień dobry – my się znamy! Czeeeść, dziękuję za powitanie i miłe słowa. Cóż, niewątpliwie Nico i Ana się polubią i pewnie młodziutka panna Travers będzie mu podrzucała ciasteczka upieczone przez swoją mamę. Co myślisz, aby Ronia znalazła dzieciaki pod czujnym okiem Theo, bawiące się na cmentarzu właśnie? W końcu, jak wyczytałam, to wspaniała zabawa. : D]

    RONIA TRAVERS, a kiedyś Adam, Zee i Charlie

    OdpowiedzUsuń
  37. W drodze do chaty Theo, Cesar starał się trzymać fason – czyli nie zataczać się na prawo i lewo i nie drzeć mordy ile fabryka dała, coby nie obudzić śpiących już sąsiadów. Nikt by się co prawda nie zdziwił, że panowie postanowili sobie pośpiewać, bo raczej każdy był do tego przyzwyczajony, niemniej jednak, zdrowy rozsądek Calderona jeszcze walczył z podpitym organizmem i trzymał mężczyznę na uwięzi. Przez moment zaschło mu w gardle, kiedy tak bezpośrednio kaleczył słowa piosenki, wplatając w nią jakieś wymyślone wersy, jednak suchy przełyk nie był przeszkodą, by snuć melodię aż po same drzwi domu Blacka. Szczerze mówiąc, Cesar potrzebował takiego mini resetu, właśnie w towarzystwie Theodora. Bo kto inny byłby go w stanie zrozumieć niemalże bez słów? A na przełomie ostatnich dni wydarzyło się tak wiele, że Cesar wciąż nie do końca w to wierzył. Za żadne skarby się nie spodziewał, że wieczór walentynkowy spędzi właśnie z Vivian, i to na kutrze rybackim gdzieś na środku jeziora.
    Do domu Theodora wszedł prawie bezbłędnie, nie licząc potknięcia się o próg. Pierwsze co zdjął to buty, a o reszcie przypomniał sobie dopiero wtedy, gdy uderzył go zapach cytryn i podmuch ciepłego powietrza. Rozpiąwszy kurtkę, poszedł za Theodorem do klatki, nad którą od razu się nachylił. — Cześć pszczółko! — Rzekł do świnki morskiej, próbując przy okazji wsunąć paluch między druty klatki, jednak nic z tego nie wyszło, bo przerwy były zbyt wąskie, by móc ze swobodą musnąć futerko zwierzaka. — Oprócz nalewki nie mam dla ciebie nic dobrego, ale następnym razem przyniosę jakieś chrupki.
    Gdy Black wspomniał o cieście, Cesarowi od razu zaświeciła się w głowie złota lampeczka. — Jesteśmy w niebie, Theo — wyprostowawszy się, rzekł, gdy przyjaciel wrócił do salonu z talerzykiem sernika. — Cudownie.
    Co, jak co, ale ciasto i nalewka to najlepsze, o czym Calderon mógłby teraz pomarzyć. Oczywiście, wolał nie myśleć co będzie na drugi dzień, jak obaj zmieszają rum z nalewką, ale kto by się tym przejmował – jutro będzie jutro, a dziś jest dziś, należało więc się cieszyć daną chwilą.
    Nim ściągnął kurtkę, wyciągnął z wewnętrznej kieszeni butelkę nalewki i postawił ją na stół. Chwilę później uwalił się wygodnie na kanapie, czekając na resztę zestawu, jakim były kieliszki i karty – gdy szkło pojawiło się na stole, Cesar bez wahania wypełnił je słodkim alkoholem. Już nawet nie myślał o powrocie do domu. Theodor będzie zmuszony oddać Calderonowi kawałek ziemi, bo chłop o własnych nogach to prawdopodobnie nie wróci. Chociaż diabli go wiedzą – pijany człowiek, to elastyczny człowiek.
    — Jasne, że na coś — zaznaczył, spoglądając na Theo, gdy ten wstał, by zapodać jakąś przyjemną muzykę. — Zagramy o... — przerwał, zastanawiając się dogłębnie nad czymś konkretnym i... — O randkę! Jeśli przegrasz, zaprosisz pannę Marchand na randkę — uśmiechnął się lekko rozbawiony własnymi słowami, jak i całym tym pomysłem, jednak potrzymał decyzję. Wierzył, że Theo znajdzie w sobie tyle wewnętrznej siły, by wyciągnąć Tilię gdzieś na spacer, czy cokolwiek innego. Zresztą, podejrzewał, że panienka nie będzie miała nic przeciwko — Umowa stoi? Możemy zagrać w makao.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Była jednak jedna rzecz, której Calderon nie był pewien – czy Theo przypadkiem nie wygra. Ostatnimi czasy mężczyzna nie miał okazji grywać w gry, więc mógł wyjść z wprawy, a z tego co wiedział, Black radził sobie z kartami naprawdę świetnie. Cesar powinien więc z góry zakładać, że jest na straconej pozycji. W każdym razie, chodziło przede wszystkim o dobrą zabawę, chwilę relaksu i naprawdę udany, męski wieczór. Nie zamierzali grać o śmierć i życie.
      — A tak w ogóle, to skąd ten zapach cytryn? Czy tylko ja go czuje? — Posłał Theodorowi pytające spojrzenie. Jeśli to nalewka, to oby Black ją dobrze schował, bo nie powiedziane, że alkohol zdąży w ogóle dojrzeć. Ile to już razy dobrali się do nalewki, która nie była jeszcze w pełni gotowa? Za dużo.

      Cesar Calderon

      Usuń
  38. Ojaaa, dziękuję! Przytulaj. Takie szerokie ramiona i osławiony pan Theodor Black (którego pierwsze zdjęcie dalej pamiętam!) to na pewno znajdzie się w nich miejsce na pocieszenie Tilly, nawet jeśli tylko w sferze wyobraźni. A tak poważniej już. Dziękuję za piękne słowa, błędy już poprawiłam. Kropeczki i kreseczki to moi odwieczni wrogowie. xD

    Mathilde

    OdpowiedzUsuń
  39. — Cóż, wydaje mi się, że to wymówka każdego złapanego złodzieja — Zmrużyła podejrzliwie oczy, słysząc jego tłumaczenie o dostarczaniu zakupów. Pozostając czujną, rozejrzała się po kuchni i faktyczne – dostrzegła zakupy, których nie zrobiła ani ona, ani pani Redwayne, ani Ferran. Czyżby ten podejrzany obity przez nią typ mówił jednak prawdę?
    Finlay jęknęła cicho, zdając sobie sprawę, że tak. W pierwszej chwili zrobiło jej się głupio, że nabiła dwa sińce mężczyźnie, który pomaga pani Redwayne z dobroci serca. Ale nie dała niczego po sobie poznać, bo zaraz w jej głowie pojawiła się myśl, że nie powinien się tak skradać. Na pewno wiedział, że kobieta ma opiekunkę, której, o ile Finn dobrze pamiętała, nie miał okazji poznać. Mógł przynajmniej zawołać w progu, by upewnić się, czy nikogo nie ma.
    — Nigdy nie należałam do kobiet, które czekają aż ktoś uratuje je z opresji — Zdobyła się na odpowiedź na jego komentarz na temat jej uderzenia, choć nie bez trudu. Choć wiedziała już, że nie ma się czego obawiać, kij golfowy wciąż trzymała uniesiony, mocno zaciskając na nim palce.
    — Och, poznałeś Finlay! Zapomniałam ją uprzedzić… — mruknęła niewinnie pani Redwayne, jakby z sytuacji wcale nie dało się wywnioskować, że mężczyzna został przez jej opiekunkę pobity. No dobrze, najwyżej zbity. — Ma krzepę jak na taką drobinkę, co? — Zagadnęła rozbawiona, widząc, że ofiara Finlay pociera głowę i plecy. Finn aż zrobiła duże oczy ze zdziwienia, widząc reakcję swojej podopiecznej na całą sytuację.
    — To nie jest śmieszne! Mogłam zrobić mu krzywdę! Zamierzałam zamachnąć się na czulsze miejsce, zanim weszłaś… — mruknęła z pretensją do starszej pani, która roześmiała się szczerze, co wprawiło Finlay w jeszcze większe zdumienie.
    Opuściła w końcu kij i odrzuciła go na bok, łapiąc się pod boki i patrząc na panią Redwayne z niedowierzaniem.
    — Jestem pewna, że możesz to panu wynagrodzić. Szarlotka wyszła ci przecież wyjątkowo dobra — powiedziała wciąż rozbawiona. — Dziękuję za zakupy, Theo. Pozdrów rodziców — dodała i opuściła kuchnię, jak gdyby nigdy nic, pozostawiając Finlay z wieloma wątpliwościami co do swojej przyszłości pod w Mount Cartier, pod jednym dachem ze zwariowaną staruszką.
    Dziewczyna potrzebowała chwili, by dojść do siebie. Potrząsnęła głową, wciąż nie wierząc do końca w to, co się wydarzyło. Zagryzła wargę, bo sama dopiero zaczęła zdawać sobie z tego sprawę i doszła do wniosku, że jednak powinna przeprosić.
    — Przepraszam — słowo się rzekło. Spojrzała na nieznajomego niepewnym, przepraszającym wzrokiem. — Ale chyba rozumiesz. Muszę sobie radzić — Uśmiechnęła się dla niepoznaki, mężczyzna jednak nie wydawał się zły za to, co się wydarzyło. — Finlay Watson, opiekunka tej uroczej, starszej pani — Wyciągnęła rękę, uśmiechając się już nieco swobodniej. — Więc… masz ochotę na szarlotkę?

    Finlay Watson

    OdpowiedzUsuń
  40. Powoli zaczynasz nam się tutaj chyba rozkręcać… Trzy ikonki już są, teraz czwarta wędruje na Twoje konto, a coś tak przeczuwam, że to jeszcze nie jest Twoje ostatnie słowo! Mount-ipedia wyszła Ci prawie idealnie, zabrakło precyzji tylko w jednym haśle, chociaż i ja, i Ty wiemy, że trafiłaś w nie prawie idealnie. Nie ma to jednak większego znaczenia, nagroda za poświęcony czas i wzięcie udziału w wydarzeniu należy Ci się tak samo, jak wszystkim innym uczestnikom. Ogromne gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
  41. Myślę, że ten pomysł jest nawet niezły. To Ci ja nawet zacznę, tylko nie wiem czy dzisiaj. xD

    Mathilde Delaney

    OdpowiedzUsuń
  42. [Moja pannica też nie należy do typowych, sztampowych matek, więc myślę, że są z Theo siebie warci. : D W kwestii zaczęcia – mogłabym Cię prosić? ♥]

    RONKA

    OdpowiedzUsuń
  43. Wychodzi zatem na to, że oboje żyli w przeświadczeniu, że próba przesunięcia tej relacji na poważniejsze tory zniszczy to, co dotychczas udało im się wypracować – przyjaźń. Kobieta zdawała sobie sprawę z sytuacji Theodora i tego, co wydarzyło się w jego życiu, gdy wyjechał z Mount Cartier, dlatego też nie była pewna, jak mógłby zareagować, gdyby faktycznie wyznała mu, co ostatnimi czasy czuje. Może wolał nie angażować się w bliższe relacje? Nie miała pojęcia, i nigdy też go o to nie zapytała, nie chcąc niczego mężczyźnie sugerować. Naprawdę go lubiła i naprawdę się bała, że mogła go na dobre stracić.
    I lubiła również gofry, dlatego gdy Black zaproponował takową przekąskę, Tilia pokiwała głową, zsuwając się za mężczyzną z kanapy. Zabrała również koc, w który się okręciła, by nie utracić ciepła, które zdążyła wyprodukować własnym ciałem. Oparła się wygodnie o blat, patrząc z rozbawieniem na Theodora, dzielnie radzącego sobie z przygotowywaniem składników na gofry i upiła łyk ciepłej herbaty, która nadawała się wreszcie do picia.
    Wyglądał świetnie w fartuszku z niedźwiedziem, aż pannie Marchand przyszedł do głowy pewien pomysł – zrobi mu sweter na drutach! I jeśli się uda, to z niedźwiedziem. Miała zdolności manualne, a babka uparcie uczyła ją szycia i haftowania, jako że sama przez lata tym się zajmowała. Tilia wielokrotnie wystawiała swoje rękodzieła na sprzedaż w sklepie, choć głównie w sezonie, kiedy przez wioskę przemykały niewielkie stada turystów. Zazwyczaj wtedy udało się coś sprzedać – najczęściej były to pluszowe szopy wielkości breloczka, do których dokładała także agrafkę, by móc umieścić szopa na każdym innym materiale.
    — Bardzo chętnie — przyznała, z uśmiechem podchodząc do klatki, w której siedział Tadek. Gdyby kiedykolwiek miała swoje zwierzątko, szczególnie starałaby się o nie dbać, aczkolwiek na razie nie było jej to pisane. Od czasu do czasu dokarmiała tylko kota, który często kręcił się w okolicach sklepu, i który upodobał sobie wizyty u Marchandów od momentu, kiedy Tilia poczęstowała go mlekiem. Prawdopodobnie był to kociak któregoś z sąsiadów, ale skoro ci nie mieli nic przeciwko temu, że Tilia go karmi, to nie zamierzała z tego rezygnować. Zresztą, w momencie, w którym nie było klientów, to właśnie kot był jedynym towarzyszem, jakim mogła się zająć podczas pracy.
    Ostrożnie wyciągnęła poidełko, uważając, by nie potrącić świnki morskiej, i skoczyła, by napełnić je wodą, a następnie bez rozlania kropli, wsunąć do klatki z powrotem. Na odchodne musnęła jeszcze futerko Tadka, który wydawał się być dziś niezwykle radosny, i przystanęła obok Theodora, poprawiając opadający jej z ramion koc — Gry planszowe — powtórzyła, zastanawiając się nad jakąś konkretną — Ostatnią grą w jaką grałam była prawda czy wyzwanie, i było całkiem zabawnie — przypomniała sobie wieczór, spędzony z przyjaciółką, obecnie mieszkająca już w Churchill. — Ale zagram w każdą inną.
    Była elastyczna w tej kwestii, poza tym, z Theodorem mogła robić wszystko i w każdej dziedzinie życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zerknęła na rozgrzaną gofrownice, gdy zapach zaczął unosić się w pomieszczeniu — Theo? Czy będziesz zły, jeśli zrobię dla Ciebie sweter? — Zagaiła. Miała być to niespodzianka, jednak zdała sobie sprawę z budowy mężczyzny, a nie chciała, by rękawy sięgały mu co najwyżej do łokci. — Z tym, że potrzebowałabym jakiegoś przykładu na wzór — dodała z uśmiechem.
      Miała od groma włóczek, a jeśli którejś jej zabraknie, to od razu poleci do babki, bowiem tam była ich cała masa, i to w różnych kolorach. Zrobienie takiego prezentu dla Blacka będzie jedną z przyjemniejszych rzeczy, jakie mogła robić, a jeśli mężczyzna będzie go nosił, to Tilia będzie już absolutnie zadowolona. Poza tym, wełniane swetry są bardzo ciepłe, a zima, mimo że ustąpiła odrobinę miejsca wiośnie, wciąż jeszcze tu była.

      Tilia Marchand

      Usuń
  44. [Chciałabym Cię poinformować, że na pewien czas (zapewne krótki) odchodzę z bloga, ale wrócę, więc jeżeli nadal będziesz mieć ochotę kontynuować nasz wątek lub zacząć nowy, to serdecznie zapraszam.]

    autorka Kat

    OdpowiedzUsuń
  45. [Cześć :)
    Mam nadzieję, że wszystko zaliczone i teraz masz spokój :P
    Chociaż jestem nadal na urlopie i pewnie jeszcze przynajmniej dwa tygodnie na nim pobędę; jeśli nadal masz ochotę, już teraz możemy zacząć myśleć nad wątkiem :] Zrezygnowałam z prowadzenia drugiej postaci; Harry mi tutaj na dzień dzisiejszy wystarczy ;)
    Także, jakby co, daj znać.]

    Harry Preston

    OdpowiedzUsuń
  46. [On jest tak fajny, a w dodatku gaduła, czyli przeciwieństwo mojej Maisie, która z kolei uwielbia słuchać o problemach innych, byleby nie mierzyć się ze swoimi... Może, jako że jest nowa, zabłądziłaby kiedyś i trafiła na cmentarz, który tak by się jej spodobał, że zaczęłaby odwiedzać go częściej? Tym samym rzuciłaby się w oko Theodorowi, który mógłby ją zagadać, czy nowa, czy jakaś rodzina na cmentarzu, to i tamto... Co o tym sądzisz? :)]

    Maisie Chamberlain

    OdpowiedzUsuń
  47. Podążała za jednym z kotków, który postanowił zrobić jej wycieczkę po okolicy. Kroczyła za nim ufnie i zatrzymała się na chwilę z zawahaniem dopiero przed cmentarzem. Jak dotąd nie miała pojęcia, że w Mount Cartier znajduje się cmentarz. Bywała w tych samych miejscach, chodziła podobnymi ścieżkami, dzisiaj pierwszy raz z jednej zboczyła. Ostatecznie jednak ruszyła za czworonogiem. Nie uznawała złośliwości kotów, więc nie przewidziała co jeden z nich jej planował zgotować. Lawirując między grobami, zatrzymywała wzrok na co poniektórych nagrobkach. Ścierała dłonią nieco pyłków z kamienia, palcami przesuwając po ich górze, niemalże z nabożeństwem odczytując pożegnalne teksty. Ostatecznie, kiedy powróciła wzrokiem do kota, tego już nie było. Za to dochodziło ją jego miauczenie, którego źródło moment później odkryła. Przechodząc obok dużego dola, zajrzała do środka. Właśnie tam znajdował się kotek. Przyłożyła zaskoczona dłoń do twarzy i chociaż jej pomoc nie miała prawa się udać, położyła się przy krawędzi dołu i spróbowała wyciągnąć dłonie po zgubione kocię.
    — Ojejku… chodź tu malutki — zachęciła go, ale ten tylko zwinął się w kącie. Odważyła się zsunąć jeszcze niżej, dwie sekundy później leżąc w pyle i piachu, kaszląc od ziemi, która dostała jej się do gardła, przy wydawanym przez nią zduszonym okrzyku zaskoczenia. Największym zaskoczeniem był jednak kot, który nagle, odnajdując w sobie pokłady zaradności, zahaczając się pazurkami o wątłe korzenie wystające spod ziemi, odnalazł drogę na górę i uwolnił się niezależnie z dołka. Mathilde natomiast została, zabrudzona i bezradna mogąc tylko liczyć na to, że ktoś był świadkiem tego wydarzenia.
    — Przepraszam? — zawołała, mając wrażenie, że widziała jakiegoś mężczyznę po drugiej stronie cmentarza, kiedy tutaj wkraczała.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  48. Zdziwił się, usłyszawszy jego odpowiedź, a raczej krótką przemowę. Przez moment poczuł się tak, jakby słuchał dobrego psychologa, z którymi miał styczność w wojsku, dlatego zamilkł na dłuższą chwilę. W tym stanie potrafił gadać głupoty, uprzednio nad nimi nie rozmyślając, ale to, co powiedział Theodor, faktycznie miało sens. Zapewne sam niechętnie przyjąłby zakład, gdyby jego wygraną okazała się Vivian... Pomijając fakt, że to oni byli wygraną w walentynkowej licytacji, bowiem to była tylko zabawa. Gra w karty niby też była tylko zabawą, ale w przeciwieństwie do licytacji, tutaj za przegraną odprawiało się pokutę – żadna z kobiet nie zasługiwała na bycie pokutą, nawet, jeśli mogła mieć ona miłe zakończenie.
    — Masz rację — przyznał, a w kąciku jego ust pojawił się uśmiech — I świetnie, że planujesz ją gdzieś zaprosić.
    Nie wiadomo skąd i dlaczego, ale czuł się dumny, gdy usłyszał te słowa. Pewnie dlatego, że zauważał, jak Theo zaczyna odcinać się od przeszłości i od kobiety, która ów przeszłość stanowiła. Jeśli chciał zaprosić Tilię na randkę, to oznaczało, że powoli skupiał się na teraźniejszości, a może nawet i przyszłości, i nic dziwnego, że Cesarowi było z tego powodu radośnie. Wierzył, że przyjaciel otrzyma wreszcie to, czego nie było mu dane otrzymać kiedyś.
    Gdy Theodor rozdał karty, Cesar chwycił je koślawo w dłonie. Przyjrzał się prostokątnym blankietom, a kiedy mężczyzna przedstawił mu pomysł na przegraną, otworzył usta by zaprotestować... Ale, zamiast słów buntu, roześmiał się tylko, kiwając głową. Po prostu wyobraził sobie Theodora w krótkiej sukience i nie mógł powstrzymać cisnącego się do gardła chichotu, bo widok ten był jednym z najśmieszniejszych, jakie mógłby zobaczyć w całym swoim życiu. Oczywiście, nie zdażył wyobrazić sobie samego siebie, nim rzucił słowa aprobaty na ten pomysł.
    — O matko i córko, nie wiem, czy znajdę dla ciebie sukienkę, Theo — parsknął krótko, kładąc pierwszą kartę na stoliku — Ale umowa stoi.
    I w tym momencie mało go także obchodziło, kto przegra, czy też kto wygra. Będzie zabawnie nawet, jeśli to jemu przyjdzie chodzić po domach z koszykiem pełnym ciasteczek, bo tak, czy siak, obaj będą to świętować. Jak zwykle. Wolał jednak nie fantazjować nad reakcją ludzi, którzy momentami nie wiedzieli, czego się po tej dwójce spodziewać – raz mogli biegać przebrani za niedźwiedzie, a raz stroju harcerskim sprzedawać ciastka. O dziwo, nikt się jeszcze nie poskarżył do burmistrza... Chyba, że ten po prostu nie zawracał sobie już nimi głowy.
    Ucieszył się także, usłyszawszy o nalewce, szczególnie z cytryn, bowiem Amanda rzadko używała ich do robienia smacznych napojów. Jej ofiarom najczęściej padały jagody, gorzknik kanadyjski, świdośliwa, pigwy i inne maliny, czy słodkie owoce, które pijało się właściwie jak kompot.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko zależało, tak naprawdę, od ilości spirytusu, bo tych z jego większą ilością, rodzina Calderonów nie popijała do obiadu – dzisiejsza nalewka ze świdośliwy także do niego się nie nadawała, bowiem była tą mocniejszą, zarezerwowaną na specjalne okazje, przy którym można się bezwstydnie spić.
      — Na pewno spróbuję i ocenię — zaznaczył, podnosząc swój kieliszek z nalewką w górę. — Za Twoje nalewki, naszą przyjaźń, i nasz zakład — rzekłszy, pociągnął ze szkła większy łyk, krzywiąc przy tym nieznacznie twarz. — Nie pożałowała jej mocy — stwierdził przełknąwszy alkohol.
      Pamiętał, jak wczoraj rano Amanda go ostrzegała, że ta sztuka nie dość, że długo leżakowała, to i była dobrze przyprawiona. Mogła nawet przyznać, że była jedną z cenniejszych, jakie posiadała w swojej spiżarni.
      Oby nie poszli sprzedawać tych ciasteczek jeszcze dziś, jak tylko opróżnią tę butelkę. Jeśli będą w ogóle mieli siłę wstać.

      [O jacie! Zróbmy tak, zróbmy! Hahah, już to sobie wyobrażam <3 Oni są szurnięci :D]

      Cesar Calderon

      Usuń
  49. [Czeeść :> Już wróciłam, więc jeżeli masz ochotę pisać nasz wcześniejszy wątek lub wymyślić nowy, to daj znać.]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  50. Mała, spóźniona niespodzianka w karcie się właśnie pojawiła! ;) Kolejna ikonka do kolekcji, bo zdaję się, że dawno temu przekroczony został już limit obowiązkowych pięćdziesięciu komentarzy ;) Nasza flaga wędruje więc do Ciebie jako nagroda za aktywne działanie na blogu i rozwijanie z Theodorem wielu pięknych historii. Oby było ich jeszcze więcej!

    OdpowiedzUsuń
  51. [O, tak, tak, zróbmy coś takiego! Już mam nawet pomysł, jak zacząć ^_^ Do czterech dni podlecę z komentarzem.]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  52. No tak, miarka była jedną z tych rzeczy, która pozwoliłaby kobiecie na dokładność przy zrobieniu swetra, jednak był jeden problem – Theo był tak wielki, że zmierzenie go będzie graniczyło z cudem! Dlatego też poprosiła o sweter, który mógłby posłużyć jej za wzór, bo nie wyobrażała sobie sięgnąć mu do ramion z taką precyzją, by określić wymiar co do milimetra. Jednak, skoro Black zdążył wyciągnąć już różową miarkę, to mogła przecież skorzystać.
    Ale najpierw postanowiła zająć się deserem, który mężczyzna przygotował. Gorfy z konfiturami wyglądały wyśmienicie, dlatego nie wahała się ani trochę, bagatelizując sam fakt, że były jeszcze odrobinę gorące. Skubnęła kęs i uśmiechnęła się szerzej, chwytając miarkę od Theodora.
    — Bardzo smaczne gofry. Sama takich nie robię — przyznała, gdy tylko przełknęła kawałek deseru.
    Tilia bardzo często gotowała, choć nie dlatego, że musiała bo ojciec czasami nie mógł podnieść się z łóżka, a dlatego że poniekąd lubiła. Babka zawsze starała się nauczyć ją samodzielności, począwszy od robienia na drutach, haftowała, a skończywszy na gotowaniu i innych pracach, którymi zajmowała się w gospodarstwie domowym. Nie była jednak tak dobra w ziołach, którymi Elody była wręcz zahipnotyzowana... Czasami młoda Marchand zastanawiała się, czy starsza babinka nie przygotowywała sobie jakiś halucynogennych wywarów. Bo kto wie? A nawet, jeśli było to nierealne, to stanowiło czasami dobry materiał na żarty. W każdym razie, choć miała smykałkę do różnej maści dań, nie potrafiła zrobić pysznych wypieków. Ze słodkich deserów wychodziło jej tylko sernik na zimno i naleśniki, a tak poza tym, nic więcej. Nawet gofry bardziej przypominały zakalca, kiedy te spod ręki Theo, były po prostu przepyszne.
    Przesunęła talerzyk, po czym wskoczyła na blat. Miała nadzieję, że Theodor nie będzie miał nic przeciwko, jednak tym sposobem była odrobinę wyżej.
    — W takim razie zmierzę Cię, ale sweter też poproszę — posłała mu sympatyczne spojrzenie, jakby wciąż nie wierzyła, że sama miarka da jej pewność, iż sweter będzie idealny. — Ah! I coś do pisania, bo inaczej mogę nie zapamiętać.
    Zamierzała zrobić dużo więcej pomiarów, niż jest to konieczne. Nie chciała, by sweter w jakimkolwiek miejscu uwierał mężczyznę. Fakt, była czasami zbyt wyraźną perfekcjonistką, jednak dzięki temu mogła spodziewać się bardzo dobrych owoców własnej pracy. Poza tym, to prezent dla Theodora! Chciała więc, by był idealny.
    Nim Theo podał coś do pisania, Tilia sięgnęła po talerzyk z deserem i położywszy go na kolanach, skubnęła kilka kęsów gofra. Słodkie konfitury wybrudziły czubek jej nosa, nie wspominając już o górnej wardze, którą instynktownie otarła opuszkami palców. Czuła, że jej twarz odrobinę się klei, jednak postanowiła niczego nie ruszać, póki nie dotrze do kranu z wodą. Miała tylko nadzieję, że nie ma na pyszczku żadnej plamy, bo nie czułaby się za dobrze z myślą, że może wyglądać jak kilkuletnie dziecko. Choć, jak mawiał jej ociec, czasami wciąż przypomina kilkuletnie dziecko.

    Tilia Marchand

    OdpowiedzUsuń
  53. [Heej! :D Dzięki za powitanie, nawet takie spóźnione, ale co tam :)
    Tylko... mam mały problem z rozgryzieniem Twojej tożsamości. To znaczy, coś mi świta Twój nick i to nazwisko, ale... pomocy!, nie umiem tego połączyć :< ]
    Mattie

    OdpowiedzUsuń
  54. Kto by pomyślał, że taki duży chłop będzie musiał konkurować ze zwierzeńcym maleństwem! W głowie wciąż siedzi mi obraz ich pojedynku na spojrzenia. A za umiejętność sprawnego opisu i udział w konkursie oczywiście należy Ci się ikonka. Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
  55. Witamy wśród oficjalnych stałych mieszkańców miasteczka! Trzy miesiące pobytu na blogu, to nie byle co, dlatego z ochotą przydzielamy Ci odznakę dzielnego autora (a raczej ikonkę z domkami) i mamy nadzieję, że będziesz z nami przez kolejne 3, 6, 12 i jeszcze więcej miesięcy!

    OdpowiedzUsuń
  56. [Wybacz, że tak późno. Nigdy nie potrafię wyrobić się w terminie, eh.
    Podasz mi swojego maila? Mam pewien pomysł co do naszego wątku, ale wolałabym go obgadać prywatnie. Będzie wygodniej w każdym razie.]

    W tak małym miasteczku jakim było Mount Cartier, naprawdę niewiele się działo. Od czasu do czasu zjawił się gdzieś niedźwiedź, tutaj uciekły renifery, a tam ktoś zgubił się w lesie i wpadł do wykopanej przez zwierzynę dziury. Nie odbywały się niebezpieczne pościgi policyjne, nie kręcono filmów, nie wydobywano złóż ropy, nikt nikogo nie mordował, a jeżeli już ktoś umarł, to zwykle z przyczyn naturalnych. Biznes pogrzebowy kręcił się powoli, ale dzięki nietypowym umiejętnością współwłaścicielki zakładu, od czasu do czasu ktoś specjalnie przysyłał helikopterem ciało, aby panna Paris zajęła się tanatokosmetyką oraz tanatopraksją. Zawsze przydadzą się dodatkowe fundusze, prawda? Kathryn i tak nie narzekała na nadmiar pracy, więc nigdy nikomu nie odmówiła. W tym przypadku nie było inaczej. Kat została poproszona o zrobienie zabiegu tanatopraksji na zmarłym, czterdziestoletnim mężczyźnie, podobno kuzynie burmistrza jakiegoś pobliskiego miasteczka, z konieczności przełożenia daty pogrzebu.
    Czekała na przylot ciała na lotnisku w karawanie pogrzebowym, wsłuchując się w słowa piosenki Dolly Parton i podśpiewując cicho pod nosem. "Evil eyes search through the night for lonely girls like me.
    So mama when you pray tonight,
    say a special prayer for me."
    Kiedy wreszcie helikopter przyleciał, jak zwykle ze sporym opóźnieniem, dwóch mężczyzn przeniosło ciało w niebieskiej folii do samochodu, kiwając tylko Kat głową na powitanie. Ona, jako, że do rozmownych osób nie należała, machnęła na nich ręką i odjechała, nie patrząc nawet w lusterka i ciesząc się, że nic więcej od niej nie chcieli.
    Przy pomocy ojca położyła martwego na wózku i przewiozła go do prosektorium, gdzie następnie ułożyła go na metalowym, wysokim stole. Rozpięła sprawnie worek i zaczęła wyciągać z niego mężczyznę, który był niezwykle kościsty i wychudzony. Przyglądała mu się z zaciekawieniem, nie widząc na jego ciele żadnych zasinień ani plam opadowych.
    - Tato, kiedy on zmarł? - spytała Bernarda, który grzebał coś przy solach i płynach wstrzykiwanych do tętnic, które miały wyeliminować bakterie odpowiednie za procesy gnilne.
    - Wczoraj - odpowiedział, zerkając kątem oka na dokumenty, które dostali dzisiejszym faksem. Kat zmarszczyła brwi i podeszła do ciała, przykładając mu do brzucha dłoń. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, jednak szybko się rozmyśliła i położyła dłoń w innym miejscu.
    - O co chodzi? - spytał Bernard, odwracając się powoli w stronę córki i wkładając ręce do kieszeni spodni.
    - Sama nie wiem - rzuciła Kathryn, badając ciało z bliska. W końcu się wyprostowała, jednak wzrok nadal miała skupiony na twarzy denata. - Jaka jest przyczyna śmierci?
    Bernard chwycił dokumenty i przewertował strony.
    - Tutaj jest napisane, że przyczyną śmierci było zatrzymanie akcji serca. Próbowano go odratować przez dziesięć minut. - W trakcie, kiedy jej ojciec czytał dokumenty, Kat mocniej przycisnęła mostek i żebra zmarłego.
    - Nie ma złamanych kości ani pośmiertnych śladów po defibrylatorze - zaczęła mówić sama do siebie, zginając się wpół i przypatrując klatce piersiowej czterdziestolatka. - Coś mi się nie wydaję, żeby naprawdę próbowali go odratować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Kathryn, przestań - rzucił jej ojciec, odkładając papiery na stół i powoli wychodząc z sali. - Wszędzie węszysz jakiś spisek - dodał na wychodne, zamykając za sobą drzwi. Kat westchnęła i złożyła worek, w którym został przywieziony mężczyzna, co chwila na niego zerkając. Oblizała dolną wargę i sama wzięła do ręki dokumenty, które dostali dziś rano i zaczęła je dokładnie studiować. Wciągnięta w czytanie, nie usłyszała kroków zbliżającego się Theodora i aż podskoczyła, kiedy metalowe drzwi otwarły się na oścież.
      - Matko - wypaliła, klnąc jeszcze cicho pod nosem. - Wystraszyłeś mnie - powiedziała, spoglądając na mężczyznę i uśmiechając się słabo. - Chodź, chodź na chwilę. - Chwyciła go za ramię i postawiła obok siebie, zaraz przy ciele denata. - Spójrz na niego i powiedz mi, że on jest martwy od ponad dwudziestu czterech godzin. Tanatopraksja polega na przywróceniu zmarłemu bardzo naturalnego wyglądu, a on nawet nie wygląda jak martwa osoba - rzuciła z lekkim oburzeniem w głosie, nie wiedząc w zupełności, dlatego aż tak bardzo się tym przejęła.

      Kat

      Usuń
  57. [Musiałam to odrobinę pozmieniać, bo trzeba pamiętać, że jednak Viv jest stąd i byle futrzaka małego by się nie wystraszyła. ;D]

    Ciężko było powiedzieć czy faktycznie tęskniła za samym Mount Cartier, czy może za tym, co ono sobą prezentowało. Na pewno brakowało jej tej przestrzeni jaką miała w tak małym miasteczku otoczonym lasem, jeziorem i górami. Wystarczyło zrobić zaledwie kilkanaście kroków, by trafić bezpośrednio na łono natury, zaszyć się tam i móc przemyśleć ciążące na barkach sprawy. Tego często brakowało jej w pełnym wieżowców Vancouver, w którym zwykłe wyjście do parku równało się z natykaniem się co chwila na stada krążących po alejkach starszych osób, zakochanych par czy zwyczajnych rodzin z dziećmi. Nie było gdzie się ukryć przed tłumami, co z kolei w rodzinnym mieście nigdy nie stanowiło dla niej problemu. Jeszcze jako dzieciak poznała wszystkie lepsze miejscówki do przesiadywania w samotności i za tym mogła faktycznie tęsknić podczas swojej – bądź co bądź – całkiem długiej nieobecności. Za ludźmi, z którymi miała świetny kontakt przez wszystkie lata życia w Mount Cartier także.
    Za to na pewno nie tęskniła za wścibstwem całego miasteczka, które chyba już po godzinie od jej przyjazdu z Churchill poinformowane było, że jedyna latorośl Margaret Amondhall zawitała w rodzinne progi, a po kolejnych dwudziestu czterech godzinach absolutnie każdy wiedział już, że ze względu na stan zdrowia matki zamierza zostać na nieco dłużej. I co im było z tej wiedzy? Niezbyt wiele, ale i tak wystarczyło, że Vivian zrobiła krok poza ganek, a już ktoś wyglądał zza firanki, ktoś inny niby dyskretnie spoglądał na nią z drugiej strony ulicy, a ktoś inny próbował zagadywać w każdym jednym miejscu, do którego zmuszona była zajrzeć. Oczywiście nie było ich zbyt wiele, bo oprócz sklepu, baru Iana czy pojedynczych gospodarstw, z których matka kupowała podstawowe jedzenie, nie było tutaj niczego godnego uwagi, ale i tak podczas tych pieszych wycieczek Vivian niejednokrotnie miała ochotę zabić kogoś samym spojrzeniem albo rzucić jakąś bardziej uszczypliwą uwagą od wyjątkowo grzecznego, ale wyraźnie poirytowanego „nie, nie mam teraz czasu pani XYZ”.
    Tak też było oczywiście i dzisiaj. Fakt, że już ponad dwa miesiące mieszkała w Mount Cartier nie sprawiał, że starzy bywalcy sklepu Marchandów odpuszczali jej chociaż trochę. Ilość padających co chwilę pytań była tak przytłaczająca, że zamiast spędzić w sklepie pięć minut, musiała przebywać tam przez prawie pół godziny. Na dworze dawno zdążyło się ściemnić – nic nowego dla tej części kraju, w maju nadal przecież noc zapadała dosyć wcześnie – co ostatecznie nie było niczym złym. Nie bała się ani ciemności, ani krążenie po spokojnym Mount Cartier, w którym nic nigdy się przecież nie działo. Zawsze było tu spokojnie, cicho i.. bezpiecznie?
    No, przynajmniej tak to pamiętała i tego oczekiwała. Zamiast jednak spokoju dostała stopniowo narastające warczenie, które nasilało się, gdy tylko robiła coraz wolniejsze kroki do przodu. A gdy wytężyła wzrok i w końcu zobaczyła, co takiego wyłania się spod cienia pod płotem nieopodal domu jednego z jej sąsiadów…
    — Nie… to przecież… niemożliwe — bardziej wyszeptała niż powiedziała, zaciskając mocniej palce na zielonkawej siatce z zakupami. Spodziewała się raczej wszystkiego, ale nie spotkania z wilkiem w środku cholernego miasteczka! Jej wzrok szybko rozejrzał się i skupił na tym, co było jasne: nie miała szans dobiec do swojego domu jeśli ten potwór zamierzał ją pogonić. Stała jednak wystarczająco blisko, by dotrzeć do domu Theo i… miała naprawdę szczerą nadzieję, że będzie on w środku, gdy już dopadnie do drzwi! Albo chociaż że usłyszy jej krzyk, gdy nie uda jej się uniknąć spotkania z kłami tego warczącego i ujadającego potwora, bo przecież nie mógł to być po prostu wielki pies… prawda?
    — Blaaaaack! Jesteś tam?!
    Nie, wcale nie była lekko przestraszona. I nie, wcale nie krzyknęła głośniej, gdy ta bestia zwyczajnie ją… ugryzła!

    bardzo spóźniona Vivian, wybacz

    OdpowiedzUsuń

Słońce nas rozpieszcza, Mounty właśnie złapał kleszcza.